OCEŃ ARTYKUŁ
Horice – całkiem męski wyjazdkliknij i przesuń wskaźnik
Horice
Horice
Horice
Horice
Horice
Horice
To marzenie każdego mężczyzny – wsiąść na motocykl, mając tylko niezbędny bagaż i ruszyć przed siebie. To miał być weekend tylko w męskim gronie. Cztery dni na motocyklach... Ustaliliśmy termin – pierwszy weekend czerwca. Nie był to zresztą przypadek – w tym czasie w Horice jest Cesky Tourist Trophy – wyścigi klasycznych motocykli sportowych i sidecarów, czyli podrasowanych staroci :).
Dzień pierwszy
W dniu wyjazdu, w czwartek, nie zameldowało się zaledwie trzech motocyklistów. Reszta dała radę, więc z Łodzi wyruszyliśmy na południowy zachód. Osiem osób i osiem motocykli. Wkrótce miał do nas dołączyć Marcin z Krakowa. Wyjechaliśmy z Łodzi przy zachmurzonym niebie i już po kilku godzinach zaczął padać deszcz, a potem duża niespodzianka – gradobicie. Na całe szczęście, dla motocyklistów nie ma złej pogody do jazdy; można mieć jedynie złe nastawienie :). Pod wieczór dojechaliśmy pod Jelenią Górę, gdzie mieliśmy bazę noclegową – malowniczo położone nad rzeką Bóbr gospodarstwo agroturystyczne . Dzień pierwszy zakończyliśmy wieczorkiem zapoznawczym przy tradycyjnym polskim grillu. Za nami było ok. 350 km.
Dzień drugi
Po 9-godzinnej podróży z Łodzi planowaliśmy zrelaksować się i pojechać gdzieś niedaleko. Przejechaliśmy na czeską stronę i ruszyliśmy do Mlada Boleslaw, do muzeum Skody, po drodze błądząc bez celu, od tak, żeby poczuć wiatr w plecy. Odwiedziliśmy m.in. Jicin, czyli miasto Rumcajsa; Hanki, niestety, nie ma, ale szukaliśmy dalej... Wróciliśmy do naszej bazy, odwiedzając całodobowe Tesco, bo tradycji musiała stać się zadość – wieczorem grill, długie rozmowy i zajęcia animacyjne :). Za nami 300 km po równych, czeskich drogach.
Dzień trzeci
Główna atrakcja – Horice – trening przed niedzielnym CTT. Na miejsce dojechaliśmy około godziny 11.00. Najpierw startowały motocykle, a potem sidecary. Horice na te dwa dni były kompletnie sparaliżowane – wyścigi biegną zamkniętymi ulicami miasta. Ma to swój niepowtarzalny klimat, gdy raz na jakiś czas organizatorzy otwierają barierki i mieszkańcy mogą poruszać się pomiędzy zamkniętymi strefami miasta. Około godziny 15.00 wyjechaliśmy do Pragi. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Rozprostowaliśmy kości na moście Karola i zwiedziliśmy na motocyklach centrum miasta. Po drodze odwiedziliśmy znajomego Polaka, od wielu lat zamieszkałego w Czechach. Przywitał nas, trzymając w dłoni mosiężnego, polskiego orła. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w dalszą trasę. W drodze powrotnej spotkał nas deszcz. Nadgraniczne serpentyny dodatkowo pokryły się mgłą. Przejechaliśmy w skupieniu. W lusterkach wstecznych w nocnej poświacie z mgły widoczne były tylko smugi świateł kolegów. Było ślisko, a temperatura spadła poniżej 8 stopni. Jechaliśmy blisko siebie, koncentrując wzrok na światłach poprzedzających motocykli. W takich warunkach wywrotka jednego motocyklisty mogłaby skończyć się tragicznie dla innych, więc spokojnie dojechaliśmy do... Tesco :). Przed nami był ostatni wieczór, więc należało go uczcić w szczególny sposób... grillem :). Ten dzień był rekordowy – nawinęliśmy ponad 550 km.
Niedziela, dzień ostatni, dzień powrotu
Sprawnie zapakowaliśmy się na motocykle i pożegnaliśmy nostalgiczne zabudowania gospodarstwa. Ruszyliśmy na wschód. Dzisiaj mieliśmy już wracać do Łodzi, ale nie tak od razu. Po drodze planowaliśmy odwiedzić motocyklową knajpę w Kletnie. Niestety, polskie drogi w porównaniu do czeskich są jak dzień do nocy. Wracaliśmy powoli do szarej rzeczywistości. Kłodzko, potem obiad w Kletnie – intrygujące „kotlecisko” w menu kusiło kilku z nas i kilku powaliło. Porcja nie do przejedzenia:). Pożegnaliśmy się z bardzo przyjaznymi właścicielami i ruszyliśmy w Drogę Stu Zakrętów, czyli Złoty Stok, niechlubnie zapisany śmiercią Mariana Bublewicza. Przejazd tamtędy zawsze budzi we mnie duże emocje – Bublewicz był wielkim rajdowcem. W Opolu pożegnaliśmy się z Marcinem, który samotnie odjechał w swoją stronę, do Krakowa. Przed nami było już niecałe 200 km do Łodzi, spacerek. Dojechaliśmy ok. 22.00 i choć grilla nie było, choć wyjazd w męskim gronie ma niepowtarzalny klimat, to dobrze wrócić do Nich :). Nasza podróż to ponad 90 godzin poza domem, około 30 godzin w siodle motocykla, niemal 1000 litrów spalonej benzyny, około 100 litrów wypitego piwa i 1600 kilometrów za nami.
W planach kolejny wyjazd, już w sierpniu, też w męskim gronie. Zlot w Jicinie. Słyszeliśmy same dobre opinie...
w 9 motocykli wyszło nam ponad 900 litrów :) dzisiaj patrzyłem na licznik na http://www.motoparty.cz/ - zostało 129 dni do zlotu 2010 :)
14-04-2010 13:21
~lui
Jeszua to na pewno było 1000 litrów?:D
15-12-2009 11:28
~MAREK
Takie wyjazdy są cudowne...chetnie pojechałbym z jakimś sympatycznym składem...ja i kilku moich sympatycznych kumpli z którymi jeżdzimy na zloty i wlóczymy się po Polsce....zapraszam też na swoją stronkę www.podrozemotocyklowe.pl
Podróż na koniec świata w założeniu miała być zupełnie spontaniczna i pełna przygód oraz niezaplanowanych tras, jednak będący od nieco ponad miesiąca w trasie Clidanor Cano nie napisałby chyba takiego scenariusza wyprawy, nawet gdyby mocno puścił wodze fantazji.