Pomysł, aby poendurzyć za granicą, zrodził się w naszych głowach już dawno. Słuchając opinii znajomych, przeglądając fora dyskusyjne i strony podróżnicze zdecydowaliśmy się na Ukrainę.
Cel był prosty – posmakować Karpat, wciąż uważanych za najdziksze rejony Europy. Pomysł na poznanie specyfiki gór, których nie znajdziemy w Polsce, okazał się strzałem w dziesiątkę. Koncepcja była prosta – motocykle dowozimy na lawecie. Tam, na miejscu, znajdujemy bazę wypadową, po czym jeździmy na 2–3-dniowe wypady z maksymalnie okrojonymi bagażami – tylko to, co niezbędne. Hej, przygodo!
Przygotowania do wyjazdu rozpoczęły się od serwisu sprzętów, przygotowania lawety, zabezpieczenia logistycznego, zakupu niezbędnych rzeczy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że potrzebujemy przedmiotów, które pomogą nam przetrwać, a jednocześnie nie obciążą motocykli podczas jazdy. Niezbędnym było przygotowanie namiotów, śpiworów, racji żywnościowych oraz zestawów naprawczych do motocykli.
Ruszyliśmy z samego rana w kierunku Słowacji. Przekroczenie granicy słowacko-ukraińskiej wypadło na Ubl’e. Tu napotkaliśmy pierwsze problemy. Ukraińscy celnicy rzucili okiem na ogrom sprzętu i wyposażenia, po czym przystąpili do drobiazgowej kontroli. Przeszukiwanie pojazdu, sprawdzanie rzeczy osobistych i wyraźna ochota na przyjęcie łapówki. Kilkanaście dolarów uprościło wiele spraw, które wydawały się bardzo złożone.
Byliśmy na Ukrainie. Stan dróg radykalnie się pogarsza. Po drogach, zaznaczonych na mapie jako drogi krajowe, nie dało się miejscami jechać szybciej niż 30 km/h. Pełen szacunek dla rodowitych mieszkańców za omijanie kolein i dziur z taką finezją. Tocząc się dalej, zaczęliśmy myśleć o jakimś noclegu. Nie przygotowaliśmy wcześniej żadnych kontaktów ani baz noclegowych, jednak znalezienie pierwszego spania nie sprawiło większego kłopotu. Tego wieczoru zdecydowaliśmy, gdzie założymy właściwą bazę wypadową. Idealnie pasowało nam kilka miejsc, jednak wybraliśmy miejscowość Ust Ciorna w samym sercu Karpat. Kilka długich godzin jazdy i szukaliśmy noclegu. Mieszkańcy byli bardzo pomocni. Znając podstawy języka ukraińskiego, po krótkiej chwili mieliśmy świetnie zlokalizowany nocleg z pełnym zapleczem za niewielką cenę. Czego chcieć więcej? Tego, po co przyjechaliśmy!
W szybkim tempie zrzuciliśmy motocykle, grzaliśmy silniki i uderzyliśmy przed siebie. Po godzinie pięcia się w górę, drogą wskazaną przez lokalsów, znaleźliśmy się na wysokości grubo przekraczającej 1000 m n.p.m. Przed nami piękny widok – ukazał się cały ogrom tych gór. Są potężne i majestatyczne aż po sam horyzont. Świetnie!
Mając mapy, kompas i wiedzę topograficzną, zdecydowaliśmy się na szybki rekonesans. Jechaliśmy przed siebie. Zaczęły się pierwsze problemy – teren okazał się być wymagający; było mnóstwo kamieni, a nawet skał, przewyższenia były niesamowicie duże, zjazdy strome. Mieliśmy mnóstwo energii przywiezionej jeszcze z Polski, więc świetnie daliśmy sobie radę. Dzień powoli się kończył, więc zapadła decyzja o powrocie do bazy. Ustaliliśmy drogę – widać ją było na mapie. Ekstra! Sądziliśmy, że już za godzinę będziemy delektować się miejscowymi trunkami. Tyle teorii. Okazało się, że droga na mapie to rozmokłe bagno. Przebyć ją można ciężkim sprzętem bądź piechotą. Co chwila topiliśmy się w nadzwyczajnie lepkim błocie. Jest walka, enduro! O to przecież chodziło! Tak posuwaliśmy się na przód trasą, która może kiedyś była zwana drogą. Zaczynało się robić szaro – późne popołudnie zmieniało się w wieczór. Nie jest źle, oprócz tego, że przy kolejnej glebie w mojej XR padło oświetlenie. Musiałem jakoś dać radę. Błoto się kończyło, zaczynało się... no właśnie. Miała być droga, był potok. Nie mieliśmy szans na powrót, musieliśmy jechać rzeką – każda rzeka gdzieś się kończy. Zegarek odmierzał kolejne godziny. Górski potok zmieniał się w większą rzekę; wody było sporo, płynęła bardzo szybko. Duże kamienie i głazy utrudniały jazdę. Kierowałem się snopem światła dochodzącym z lamp współtowarzyszy, jazda zmieniła się w prowadzenie motocykli i co jakiś czas wyciąganie się z wody. Nastała późna noc, zrobiło się chłodno, bylismy całkowicie przemoczeni.
My jutro jedziemy.
A i pozdrawiam ludzi ktorzy nic kompletnie nie kumaja... Panie Gajowy ! Pana zdrowie !
Hałas który "wytwarzacie" nigdy(!!!) nie będzie do zaakceptowania.