załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

TURYSTYKA

Dziewczyny Bursztynowym szlakiem

Motopomorzanki
06-10-2011, 20:09
OCEŃ ARTYKUŁ Dziewczyny Bursztynowym szlakiem kliknij i przesuń wskaźnik
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki
Motopomorzanki

Jak to zwykle bywa w zimowe wieczory, motocykliści myślą o długich wyprawach w sezonie. Na jednym ze spotkań grupy motocyklistek Motopomorzanki jedna z nas (Fiorino) wpadła na pomysł: „A może szlak bursztynowy? Przecież jesteśmy z Pomorza, a szlak wiedzie od Gdańska aż po ciepłą i słoneczną Italię”. Wszystkie spojrzałyśmy na nią ze zdziwieniem: „A co to jest ten szlak?”.

 

W ciągu kilku kolejnych dni każda poszperała w Internecie i znalazłyśmy wszystkie szczegóły. Włochy – cudownie, ciepły Adriatyk, Austria, Alpy... Nie może być lepiej. Zdecydowałyśmy, że jedziemy. Miałyśmy całą zimę, żeby dopiąć wszystko na ostatni guzik, choć i tak pakowałyśmy się dzień przed wyjazdem. Cztery dziewczyny – Andzia, Alicja, Bosco i Fiorino oraz cztery różne motocykle – BMW, Harley, Kawasaki i Yamaha. Droga z Gdańska wiodła przez Czechy, Austrię, Włochy, Węgry i Słowację i wyniosła w sumie około 4300 km.

 

Nareszcie nadszedł ten dzień – 27 sierpnia 2011 roku, godzina 10.00. Znajomi motocykliści odprowadzili naszą czwórkę spod Katowni w Gdańsku, siedziby Muzeum Bursztynu, do Pruszcza Gdańskiego na Faktorię Rzymską, rekonstrukcję osady z czasów rzymskich wypraw po bałtyckie złoto – bursztyn. Po pożegnaniu z wszystkimi same ruszyłyśmy do Kalisza. Po pierwszych 100 km byłyśmy tak usmażone od żaru lejącego się z nieba i od gorących silników, że dalej już jechałyśmy w krótkich rękawkach. Kiedy tylko dotarłyśmy na miejsce, pojechałyśmy jeszcze na ślub motocyklistki, której znajomi zaprosili nas na tę uroczystość. Młodej parze złożyłyśmy życzenia i dałyśmy bursztynki na szczęście (które zresztą dawałyśmy wszystkim napotkanym i życzliwym osobom) i pojechałyśmy na zwiedzanie najstarszej części miasta Kalisza, Zawodzia. Zobaczyłyśmy piękną rekonstrukcję starego grodu Piastów, gdzie z pewnością cofnęłyśmy się w tamte czasy. Obejrzeć tam można nie tylko ówczesne budowle, ale także organizowane są inscenizacje przedstawiające tamtejsze życie. My, ku naszemu zdziwieniu, trafiłyśmy na palenie czarownicy.

 

Następnego dnia czekała nas droga z Kalisza do Wrocławia. Miasto leży nad Odrą i czterema jej dopływami. Nazywane bywa Wenecją Północy. We Wrocławiu dawniej krzyżowały się dwie główne drogi handlowe – Via Regia i szlak bursztynowy.

 

Pogoda znów była cudowna (chyba za sprawą bursztynków lub Ojca Dobrodzieja, który codziennie się za nas modlił i przysyłał wpierające SMS-y). Po pięknej wrocławskiej Starówce oprowadziły nas równie piękne i sympatyczne miejscowe motocyklistki. Chodząc po mieście, na każdym kroku odnajdowałyśmy krasnale; także krasnala na motocyklu, który wszystkich pozdrawia (lewa w górę). Oczywiście Wrocław ma wiele mostów, w tym mosty zakochanych z tysiącami różnych kłódek zawierających wyznania miłosne. Podczas zwiedzania zaczepiła nas para młoda (do których na trasie miałyśmy wyjątkowe szczęście), mówiąc: „Dziewczyny czy możemy zrobić sobie sesję zdjęciową na motocyklu?”. Zgodziłyśmy się oczywiście – taki miły akcent dla młodych, którzy znów dostali bursztynki na szczęście.

 

Następnym punktem było Skalne Miasto w Czechach – skupiska wielu form skalnych, którym natura nie poskąpiła swoistego uroku. Zresztą o każdej ciekawej skałce jesteśmy informowani przez tabliczki, na których widnieją ich nazwy. Malownicze skały, jeziorka, wodospady... Po jednym z jeziorek pływałyśmy łódką z flisakiem, który, ku naszemu zdziwieniu, nie wiedział co to jest bursztyn. Po naszym wyjaśnieniu zrozumiał, że to mająca ponad czterdzieści milionów lat zastygła żywica drzew iglastych.

 

Po zwiedzaniu jazda do Austrii. Pełne baki, łańcuchy nasmarowane i ruszyłyśmy w drogę do Niedrsultz. Po miłym spotkaniu z tamtejszymi władzami i mieszkańcami w Muzeum Bursztynu, a raczej skansenie, nastąpiła pora na odpoczynek. Trafiło się nam spanie u ludzi, którzy mają własną winnicę (trzeba dodać, że Austria to kraj winnic, co można było zobaczyć jadąc lokalnymi drogami – z obu stron otaczały nas pola winogron). Cóż więc nam pozostało, jak nie spróbowanie ich wspaniałego trunku, na który sami nas zaprosili. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy przy śniadaniu policzyli nas po 8 euro za to winko (trzeba więc uważać na gościnność Austriaków!). No cóż, stwierdziłyśmy, że byli tak przemili i sympatyczni, że zapłaciłyśmy. Ruszyłyśmy dalej. Czekał na nas piękny Wiedeń.

 

Stolica Austrii ma naprawdę wspaniałą architekturę, wszystkie zachwyciłyśmy się tym miastem. Wiedeńskie pałace no i najpiękniejszy zamek – Schönbrunn. Wiedeń, obok zwiedzania, oferuje także mnóstwo ciekawych atrakcji. Odwiedzić można m.in. wesołe miasteczko, boisko po środku dwóch pasów ruchu, sztuczne plaże i wiele innych. Co ciekawe, sygnalizacja świetlna migała przez parę sekund, zanim zmieniały się poszczególne kolory. Myślę, że jest to duże udogodnienie dla kierowców. Gdy skończyłyśmy zwiedzać, wybrałyśmy się do lokalnej knajpy, w której serwowali oczywiście golonkę, kiełbaski, sznycle i winko w roli głównej. Mmm... pychotka! Do kolacji przygrywał nam skrzypek, czyli były także śpiewy i tańce w miłym gronie.

 

Niestety, w końcu musiałyśmy opuścić Wiedeń i mknąć dalej. Nawierzchnia była super, motocykle prowadziły się bez zarzutu. Dojechałyśmy do jeziora Worther See. W poszukiwaniu noclegu trafiłyśmy na pana, który pokazał nam skrót prowadzący na kemping. „Motorami dacie rade” – powiedział. Harley, Kawasaki ER6, Yamaha ZJ6 i BMW K1200RS przeprawiły się przez szrutową, czasem błotnistą drogę przez las ciągnącą się z górki przez jakieś 4 km. „Jest! Wyjechałyśmy! Ale mi skrót...” – pomyślałyśmy i zgodnie stwierdziłyśmy, że nasze motocykle dają radę nawet w offroadzie :). Dojechałyśmy do miejsca noclegu i trafiłyśmy na prywatną plażę – „ale znów nam się udało”. Po odświeżeniu w jeziorku ruszyłyśmy w miasto. Siedząc w knajpce, zdecydowałyśmy, że już czas jechać, ponieważ grzmiało i błyskało się, a chciałyśmy zdążyć przed burzą. Kiedy podeszłyśmy do motocykli, Kasia „Fiorino” powiedziała „Słuchajcie, nie mam klucza od blokady”. Zaczęły się poszukiwania. Była godzina 23:00, ciemno i jeszcze rozpętała się burza – co za pech... Klucza tej nocy nie znalazłyśmy, ale rano, gdy wezwałyśmy ślusarza, który już przymierzał się do rozcinania blokady, nagle zadzwonił telefon. To była Kasia. „Znalazłam klucz” – powiedziała. Okazało się, że był w kiosku – wypadł podczas płacenia za kartkę do rodziny. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – przy okazji tej nocy, podczas poszukiwań klucza, zobaczyłyśmy pokaz grających fontann z animacją teledysków – coś pięknego! Poza tym przeżyłyśmy chrzest bojowy... Ciemna nocą, na terenie Alp, po burzy, na mokrej nawierzchni, przy niskiej temperaturze Alicja i Kasia „Fiorino” jechały jako plecaczki... Stresik był, ale wszystko zakończyło się dobrze :).

 

Dalej, z Austrii, wjechałyśmy do Italii. Tu złapał nas pierwszy tego dnia deszcz, więc na zmianę ubierałyśmy i rozbierałyśmy się z przeciwdeszczówek. Jednak raz dopadła nas taka ulewa, że widoczność ograniczona była do 50 m, co zmusiło nas do przerwania dalszej jazdy i zatrzymania się pod pierwszym mostem, jaki się nadarzył. Nie byłyśmy osamotnione, ponieważ pod tym samym mostem stał tir. Po kilku minutach pan kierowca stwierdził, że zrobi nam trochę miejsca, żeby motocykle zmieściły się w suchym miejscu. Po 15 minutach ulewa ustąpiła i naszym oczom ukazały się piękne Alpy.

 

Najpierw dotarłyśmy do Aquilei, miasta wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO, gdzie pozostałości po imperium rzymskim i kolekcji bursztynu z tamtego okresu są oszałamiające. Przyszedł również czas na kąpiel w ciepłym Adriatyku. W tym celu udałyśmy się do Grado, oddalonego od Akwilei o 15 km, które było pierwszym portem na szlaku rzymskich statków (w Laguna di Grado już w starożytności służył jako węzeł komunikacyjny dla statków płynących do Akwilei – legiony Juliusza Cezara przepływały tędy podczas wypraw do północnej części rzymskiego imperium).

 

Turystów było już niewielu (bo to wrzesień), a na plażach panowały raczej pustki. My jako jedyne o godzinie 18:00 kąpałyśmy się w ciepłym morzu. Strój powrotny z Grado był odzieniem, w którym w Polsce rzadko można wybrać się gdzieś o 23:00, nawet w szczycie sezonu. Mowa tu o krótkich rękawkach i spodenkach. No i jazda przed Basią „Bosco” – bezcenna, gdyż jej „Kawa” oświetlała nie tylko drogę za nasze cztery motocykle, ale też odbijały się lusterkach Andzi i tym samym po oczach – przeżycie niezapomniane.

 

Kolejne dni upłynęły nam pod hasłem „Viva Italia!”. Wenecja, do której dotarłyśmy promem, autobusem i znowu promem, zrobiła na nas duże wrażenie; jednym słowem „wow!”. Miasto poprzecinane jest licznymi kanałami, pełniącymi role ulic. Nie sposób tam przejść więcej niż kilka metrów i nie napotkać czegoś interesującego – plac św. Marka, stare kamieniczki, most miłości, maski weneckie... Jedząc pizzę i popijając piwko, usiadłyśmy na jednej z przystani podziwiając to urokliwe miejsce, gondole i... gondolierów. Oj, było na co popatrzeć.

 

Po Wenecji udałyśmy się do Werony. Tam zobaczyłyśmy arenę z I w. Dziś wystawiane są tu wielkie spektakle operowe, podczas których 20 000 widzów zajmuje miejsca dawnych kibiców igrzysk gladiatorskich (w dniu, w którym tam przybyłyśmy, wystawiana była „Aida”). Aby wejść na arenę, trzeba było zapłacić za wstęp (8 euro). Znowu jednak zadziałały nasze bursztynki; gdy pani dowiedziała się jak stary jest amber, stwierdziła, że jeżeli tak, to musimy wejść za darmo :). Oczywiście poszłyśmy w najsłynniejsze w Weronie miejsce – balkon Julii. Wejście na dziedziniec jest pomazane milionami wyznań miłosnych i oblepione gumami do żucia. Obok znajduje się z sklepik, gdzie pan w mgnieniu oka fantazyjnie wyszył nasze imiona na pamiątkowych kartkach z Werony.

 

Następnym punktem trasy było jezioro Garda. Cudny zbiornik wodny (Lago di Garda to największe jezioro Włoch), wspaniały półwysep Sirmione z gajami oliwkowymi, gotyckim zamkiem oraz znajdującymi się na końcu półwyspu ruinami Grotte di Catullo, zwanymi Willą Catulli. Są to pozostałości starorzymskiego kompleksu uzdrowiskowego. Oprócz tego w Sirmione znajdują się zabytkowe kościoły i urokliwe uliczki. Tam też trafiłyśmy na wystawę starych motocykli, jednak były one przykryte z racji tego, że padał deszcz (ale zdjęcie przy Indianie jest :) ). Niedaleko znajdował się parking z setką albo i jeszcze większą liczbą skuterów i motocykli. Pomyślałyśmy wtedy: „Oni dopiero umieją parkować, żaden centymetr wolnego miejsca się nie zmarnuje” :).

 

Z Descenzano di Garda pojechałyśmy do Riva. Wzdłuż jeziora (tu jednak już w deszczu) rozpościerały się przepiękne widoki, nie do opisania – jezioro i w tle Alpy, miejscami ośnieżone. Asfalt był czasami mokry, kamyki odpadały od skał, a tunele były wykute w skałach. Niesamowite przeżycie – nagle wjeżdżasz w skałę i przejeżdżasz ją na wskroś. Jadąc przez taki tunel, wszystko paruje – lusterka, szybka od kasku, więc wszystkie miałyśmy otwarte kaski. Aż tu nagle z naprzeciwka rozpędzony samochód jak nie chluśnie Andzi po oczach, to biedna myślała, że utopi się we własnym kasku. Następne tunele pokonywała już z półotwartą szybką.

 

Na granicy pożegnałyśmy się z piękną Italią i ponownie wjechałyśmy do Austrii, tym razem do miejscowości Faak Am See, gdzie odbywał się największy zlot Harleya. Droga do Faak była kręta, do tego piękne widoki – prawdziwy raj dla motocyklisty. Przedzierając się przez kolejne winkle, nagle na zakręcie pojawił się tir. W ostatniej chwili Alicja odbiła w prawo i pojechała dalej do góry. W końcu dotarłyśmy na miejsce. Rozstawiłyśmy tylko namiot i poszłyśmy na teren zlotu. Noc, H-D, piękne, niespotykane w Polsce maszyny, butiki z odzieżą, piwko, wspaniałe koncerty, przy których super się wybawiłyśmy, no i mnóstwo ludzi pozytywnie zakręconych na punkcie Harleya. To miasteczko na tydzień zamieniło się w Harleywood. Noc w namiocie była potwornie zimna. Byłyśmy tak zmarznięte, że chciałyśmy zakładać kaski na głowy. Rano wzięłyśmy ciepły prysznic, wypiłyśmy kawkę i ruszyłyśmy w dalszą drogę.

 

Opuściłyśmy Alpy, aby udać się na Węgry. Zatrzymałyśmy się w mieście Szombathely, gdyż był to ważny ośrodek handlowy na szlaku bursztynowym, łączącym ze sobą morza Śródziemne i Bałtyckie.

 

Z Węgier znów trafiłyśmy do Austrii, tym razem do Parku Archeologicznego Carnuntum znajdującego się 45 km na wschód od Wiednia. Teren ten był kiedyś ważnym rzymskim obozem wojskowym na słynnym bursztynowym szlaku i silnie promieniującym centrum rzymskiej kultury. Teraz odrestaurowane mury mogą odwiedzać turyści. Po zwiedzaniu zjadłyśmy tradycyjnego sznycla i skierowałyśmy się w kierunku Słowacji. Zaliczyłyśmy więc trzy państwa w jeden dzień. Podążając dalej śladami Rzymian, trafiłyśmy do Trenczyna. Jest to słowackie miasto, w którym Inskrypcja na stromej ścianie trenczyńskiej skały zamkowej (znajduje się w hotelu Tatra), potwierdzająca obecność rzymskich legionów na tym terenie, została wyryta na pamiątkę zwycięstwa nad Kwadami w 179 r. n.e.

 

Wracając na parking do naszych kochanych maszyn, podbiegł do nas pan ze straży miejskiej i prosił o dowody. Zapytałyśmy w jakim celu, na co on odpowiedział, że nie można tu parkować. Żeby załagodzić sprawę i nie dostać mandatu, opowiedziałyśmy panu o naszej ekspedycji szlakiem bursztynową i wręczyłyśmy mu bursztynka. Widząc to, strażnik szybko się odsuną, bo myślał, ze to łapówka. Wyjaśniłyśmy mu, że wszyscy od nas dostają takiego bursztynka na pamiątkę, więc trochę zmiękł i dał nam tylko pouczenie.

 

Z taką historią wjechałyśmy do Polski. Chciałyśmy jeszcze odwiedzić Wieluń, miasto organizatora Europejskiego Święta Bursztynu. Wizytę miałyśmy zaplanowaną na godzinę 16:00. Spotkanie, niestety, przesunęło się o godzinę, ponieważ drogi w Polsce nas przerosły (dziury i koleiny...). Nocleg i przepiękna nadwarciańska okolica, znajdująca się na szlaku bursztynowym, wynagrodziły nam męczącą drogę.

 

Pełne wrażeń, doświadczeń i wiedzy – nie tylko z jazdy na motocyklu, ale także wiedzy o bursztynie i jego historii, a także dziejach Rzymian, którzy podążali tą trasą, tak jak my – wracałyśmy do domu. Po drodze jednak musiałyśmy zahaczyć jeszcze o zamek krzyżacki w Malborku, gdzie przywitali nas motocykliści z grupy, do której również należymy – MOTOPONORZANKI, oraz nasze ukochane rodziny.

 

Na tym jednak nie koniec naszego „bursztynowego motoszlaku”... Za rok planujemy przejazd szlakiem bursztynowym republikami nadbałtyckimi do Sankt Petersburga. Trzymajcie kciuki :)!

Motopomorzanki - bursztynowym szlakiem zdjęcia(zdjęć: 59)

ZOBACZ, PISALIŚMY TEŻ O:

Tournée de Sablier już za 3 tygodnie

przedwczoraj
W sobotę, 16 czerwca, wystartuje podróż Klepsydry czyli Tournée de Sablier – wyprawa dwójki motocyklistów z Wrocławia.
 
 
Odzież markowa Ducati
przedwczoraj
 
 
 

ARTYKUŁY POWIĄZANE

End Of The World – Clidanor Cano w trasie

08-05-2012
Podróż na koniec świata w założeniu miała być zupełnie spontaniczna i pełna przygód oraz niezaplanowanych tras, jednak będący od nieco ponad miesiąca w trasie Clidanor Cano nie napisałby chyba takiego scenariusza wyprawy, nawet gdyby mocno puścił wodze fantazji.
 
Maroko jest spoko
13-02-2012
 
 
 
Mull Of Kintyre
04-10-2011
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms