Czymś oczywistym jest dla nas odmierzanie czasu godzinami, dobami, miesiącami itd. Niektórzy są wręcz niewolnikami upływającego czasu, żyjąc goniącymi ich terminami. Odbierają telefon za telefonem i z obłędem w oczach spoglądają na w kalendarz. Takie życie! Nawet na urlopie nie zawsze udaje się z niego wylogować, by mieć spokój.
Pisząc niniejszy tekst, siedzę już w kieracie terminarza i z nostalgią wspominam ostatni wypad. Według klasycznej miary czasu, trwał dwa tygodnie; były dnie i noce, ale w gruncie rzeczy cały ten okres odmierzała nam klepsydra... Jednak nie ta z piaskiem. Klepsydrą był zbiornik paliwa. I to on zastąpił nam tradycyjny zegarek. Nie liczyły się upływające godziny. Czas mijał wraz z benzyną, której ubywało w baku. Stąd i tytuł – jakieś 20 baków – bo tyle mniej więcej zajęła mi podróż.
Użyłem zaimków „my”, „nam” nie jakobym pisał o sobie w dostojnej formie pluralis maiestaticus. Nie mam też na myśli siebie i Street Boba. Po prostu nasza ekipa liczyła 12 osób – Maciek (Poznań), Michał i Asia (Kraków), Jarek i Wiola (Jelenia Góra), Piotrek z Ziutą, Remek z Marzenką (Prudnik) i ja (co kilka lat z innego miejsca). Między nogami mieliśmy siedem baków. Ich objętości były do siebie zbliżone (na szczęście nie było w grupie żadnego BMW GS 1200 z zasięgiem około 900 km). Motocykle: dwa Wild Stary, jeden Road Star, Drag Star 1100, dwa Harleye i Yamaha XJR1300. Odmierzanie czasu wraz z benzyną nie przebiegało jednakowo we wszystkich motocyklach. Idąc na kompromis, uzupełnialiśmy nasze etylinowe klepsydry średnio co 250 km. Paliwo, zamiast zegarka, to gwarancja dotknięcia czasoprzestrzeni. Z każdym litrem jest się dalej.
To tyle na wstępie. Teraz postaram się w wielkim skrócie opisać trasę i upływające baki. Celowo pominę informacje rodem z przewodników turystycznych. Zainteresowanych zabytkami odsyłam do lepszych źródeł niż moja wiedza. Oczywiście zanurzaliśmy się czasem w minione wieki i tysiąclecia, ale nie przepadam za wywodami o tym kto i w którym wieku siedział na jakimś kamieniu. Na pewno 20 baków było bardzo treściwych pod względem historii, geografii, kultury i kulinarnych eksperymentów. I to jedno zdanie niech wystarczy. Bardziej zależy mi na tym, by rozpalić chęć do takiej wyprawy w tych, którym kręcenie się wokół komina i od zlotu do zlotu (czy też festynu) już nie wystarcza, a być może nie mają odwagi, by zwyczajnie ruszyć przed siebie.
Niespełna cztery zbiorniki minęły nam na odcinku Prudnik–Zadar. Trasę już znałem, więc upływająca benzyna nakręcała kolejne kilometry bez szczególnych emocji. Na niektórych litrach wspominałem wydarzenia z poprzednich lat, a związane z mijanymi miejscami.
Początkowo słoneczna aura zaczęła za Wiedniem przybierać ponury charakter, by wreszcie w Słowenii zmusić nas do nałożenia kombinezonów przeciwdeszczowych, zwanych potocznie „kondomami”. I żeby w pobliżu była chociaż jakaś stacja paliw! Jak na złość – nic. Nawet parkingu z ławką... Musieliśmy zadowolić się wiaduktem. Wbijanie się w jednoczęściowego „kondoma” doprowadziło mnie do furii. Mięśnie w nogach więdną, gdy butem trzeba przebić się przez nogawkę z debilną siateczką wewnątrz. Nie cierpię tego tak samo, jak wciskania dłoni w mokre rękawice. Mały palec za każdym razem poddaje się omdlały. A gdy już zakończy się męczarnia i stoję cały ubrany, to czuję się jak w akcji ratowniczej na chemicznie skażonym terenie. Coś w tym jest, bo zanim się uspokoję, to chemikaliami słów potrafię wokół siebie nieźle narozrabiać.
Sążnisty deszcz trwał połowę baku. Nawet w Chorwacji pogoda była niczym nasze lato – pochmurnie, zimno i wilgotno. Jednak fenomenalnie ulegała zmianie przy wyjeździe z tuneli. Pierwszy z nich wprowadził nas w wyraźne ocieplenie, a na niebie widniały pomarańczowe smugi. Drugi tunel zakończył się rajem. Był dla nas tym, czym dla literackiej Alicji lustro. Nagle wjechaliśmy w świat pełen promieni zachodzącego słońca. Oczy mogły zatopić się w błękitnym bezkresie morza, a ciepły pęd powietrza skutecznie przenikał przez wilgotne ciuchy, pieszcząc ciało lepiej od niejednej masażystki. W lusterkach podziwiałem góry, które wierzchołkami trzymały ciężkie chmury. Dzięki nim ostatnie litry upłynęły w iście frywolnym nastroju. Odkręcanie manetek przy wyjściu z zakrętów nie było już takie ostrożnie nudne i bezpłciowe.
Zapomniałem dodać, że nasza podróż nie była w 100% zaplanowana. Docelowo chcieliśmy dotrzeć do Grecji, ale żadnych rezerwacji noclegów nikt nie robił. Pełen spontan i swoboda. Zamykając wątek kwater, powiem tylko, że za każdym razem udało się nam wyszukać noclegi bez przesadnie długiego penetrowania terenu. Raz trwało to jedną fajkę, innym razem trzy fajki i pół litra benzyny. W Zadarze kolega nie zdążył nawet wyjąć papierosów. W sumie zaliczyliśmy sześć kwater, płacąc od 10 do 13 €. Na dwóch kwaterach mieliśmy nawet garaże do dyspozycji.
W Zadarze zamiast jednego (wstępne plany), wykupiliśmy dwa noclegi. W końcu czas należał do nas, a nie odwrotnie. Benzyna i piwo upłynęły nam na zwiedzaniu Zadaru i Trogiru. Wybierając się na wycieczkę do tego drugiego miasta, zamarzyłem o klimatach z filmów. Zdjąłem szybę ze Street Boba, na głowę nałożyłem orzecha i tyle. Przecież to tylko raptem 120 km w jedną stronę! I nigdy więcej tego nie zrobię. Oczywiście „wszystko pięknie-ładnie”, jak na liczniku wskazówka nie przekracza 80 km/h. Głowa się nie poci, wiaterek owiewa twarz i w ogóle wszystko cacy. Ale jak prędkość wzrasta do 100–120 km/h, to bajka się kończy. Przepraszam za wulgaryzm, ale po uszach pizga, a pęd powietrza rozpycha usta (wystarczy mała szczelina, by trzepotały na wietrze niczym flaga). Niby jechaliśmy wzdłuż wybrzeża (Biograd, Szybenik, Primosten). Na krętej drodze czasem skutery nas objeżdżały, ale były odcinki, na których zostawialiśmy wszystkich w tyle. I do dzisiaj nie wiem, jak to możliwe, że „na filmach” ci wszyscy harlejowcy jadą sobie nawet bez kasków? Ba! Ścigają się bez kasków i bez okularów! Łezka im nie poleci ani razu. Co najwyżej zmrużą oczy. A niektórzy nawet sobie ćmią papierosa przy okazji. Taaa, już to widzę. Mi z oczu po twarzy ciekło bardziej niż w dzieciństwie po nogawkach na widok „motorów”. A pod koniec dnia odkryłem przyczynę gniewnych min co poniektórych motocyklistów. Spotkać ich można często na zlotach. Wiecie skąd mają taki wyraz twarzy, jakby cierpieli na szczękościsk? Dotąd myślałem, że to miny twardzieli na potężnych żelazach albo odstraszanie innych samców. Powód zaciśniętych ust, jak u kota srającego na pustyni, co kuwety nie może ogarnąć, może być inny. Jazda w orzeszku i ciągłe zaciskanie ust, by nie „furgały” na wietrze. Cały wieczór musiałem się pilnować, by facjatą nie odstraszać przechodniów, zwłaszcza płci przeciwnej…
Poza tym zadarski bak był pełen pozytywnych wrażeń. Nadmienię, że kamienne zabytki były bardzo nagrzane i promieniowały ciepłem. Dlatego często chłodziliśmy się zimnym piwem (na marginesie – bardzo słabym). Wpadliśmy także na jakiś chorwacki zlot motocyklowy. To samo, co u nas, tylko nikt nie zaglądał nam na plecy, szukając legalizacji naszywek. Wygłodzeni zatrzymaliśmy się również na odojaka, ale smakował względnie. Wybraliśmy po prostu złe miejsce. Kelnerka zauważyła, że te ochłapy nam nie smakują. Chcąc zapewne jakoś pokrętnie usprawiedliwić kucharza, zaczęła wątek płonących w okolicy wzgórz z gajami oliwkowymi. „Całe tegoroczne zbiory szlag trafił”. Widzieliśmy samoloty nabierające wodę z morza i pikujące nad górami. Wszędzie śmierdziało spalenizną. Pożar zapewne był dramatem tubylców. Ale nie wierzę, żeby to aż tak bardzo rozkojarzyło kuchnię. W rezultacie zachwalany przez prudnicką ekipę odojak okazał się przereklamowaną tandetą. A szkoda.
Fascynujący etap, jeśli ktoś widzi ten krajobraz po raz pierwszy. Ale za trzecim razem to zwyczajny odcinek do pokonania. Kiedyś się dziwiłem, że komuś się spieszy i nie jest w stanie podziwiać widoków pełnych bajkowo-pocztówkowych obrazków. Góry, morze, zatoki, zakręty. Tym razem sam jechałem patrząc zwyczajnie przed siebie i czasem na boki. Co nie znaczy, że nie wrócę w te regiony. Z całą pewnością wrócę, choćby dla samej jazdy. Przynajmniej nie trzeba wyszukiwać w zasobie słownictwa kolejnych określeń na to, co przed chwilą miało się pod kołami – mulda, fałda, uskok, dziura, wyrwa, garb, koleina, łata itd.
Na granicy z Montenegro celnik zachęcił męską część ekipy do odwiedzenia Budwy. Że tam niby bardzo ładne kobiety są. Ale w naszej grupie singli było zaledwie dwóch, z czego jeden formalnie za to w celibacie. Przejechaliśmy więc przez miasto skupiając się bardziej na pokonaniu korków, niż podziwianiu spacerujących pań. Nasze kobiety, zaniepokojone słowami pogranicznika, skwitowały pierwszą propozycję zakwaterowania w Petrovacu takimi minami, że musieliśmy pojechać nieco dalej. Spodobało się im dopiero jakieś 40 km od Budwy, w Sutomore koło Baru. Podejrzewam, że jeszcze większa odległość od miasta „dobrych żen” wprawiłaby nasze niewiasty w istny zachwyt.
Baki do noclegu w Montenegro minęły bez większych przygód. W górach tylko z napięciem zaglądaliśmy na rosnący przebieg. Baki się kończyły, a zatankować nie było gdzie. Okazało się jednak, że z rezerwą w motocyklu bywa jak z tubką pasty do zębów – kończy się po miesiącu, a jeszcze przez trzy kolejne miechy można z niej coś wydusić. Potem trochę oszukaliśmy nasze baki, pokonując pewien odcinek trasy promem (Herceg Novi–Tivat). Objechanie Zatoki Kotorskiej zabrałoby nam trochę więcej benzynowego czasu. Tymczasem prom był tani jak barszcz, a sam rejs trwał może jedną fajkę.
W Montenegro – oprócz ukłonu w stronę pań w postaci plaży – chcieliśmy poświęcić trochę zbiornika na zwiedzenie kilku istotnych miejsc. Zaraz je przedstawię. Najpierw jednak wyjaśnię powód używania określenia „Montenegro”. To ukłon w stronę tych, którzy po urlopie muszą chwalić się egzotycznymi nazwami krajów, które zaliczyli. Polecam Czarnogórę! Jest piękna, relatywnie tania, pełna hoteli z basenami, w których spokojnie można posiedzieć dwa tygodnie, a potem śmiało przyszpanować przy grillu, mówiąc że było się w Montenegro. Prawda, że brzmi to ciekawie?! Prawie jak Monte Carlo. A ponieważ mi na aplauzie i podziwie słuchaczy nie zależy, to w dalszej części tekstu używać będę terminu „Czarnogóra”. Nawet jakby ktoś kojarzył to tylko z naszą Czarną Górą.
Wracając do ciekawych miejsc, w pierwszej kolejności zrobiliśmy sobie wycieczkę górską trasą z Cetinje do Kotoru. Na ten wypad trzeba poświęcić nieco baku i koniec! Widoki z drogi na Zatokę Kotorską powodują, że bezwiednie naciskamy na hamulce, by stanąć i patrzeć. W międzyczasie warto się zatrzymać w górskiej wiosce i kupić swojską szynkę. Wino i rakiję też. Sposób przechowywania mięsa czy jego krojenia w imadle początkowo budzi wątpliwości. Ale jak już weźmiemy plasterek szynki do ust... Szał pał! Kubki smakowe przeżywają orgazm! Wegetarianie mogą się zadowolić serem.
Drugą wycieczkę zrobiliśmy do Monastyru Ostrog. Stary prawosławny klasztor łatwiej zdobyć z buta, ale przecież nie mogliśmy sobie na to pozwolić. Kilka kilometrów wspinaczki na wysokość 900 m n.p.m. wystarczyła, by sprawdzić swoje umiejętności jazdy i ruszania pod górkę z jednoczesnym skręcaniem. Wspomnę tylko, że ewentualne błędy zakończyć się mogą długim lotem w przepaść, bo droga jest bardzo wąska i pozbawiona barierek. Są tam od czasu do czasu jakieś betonowe słupki, ale w panice trudno trafić w choćby jeden. A i to pewnie poskutkowałoby lotem w dół, tyle że bez motocykla. Co do zakrętów, to są na tyle ciasne, że kumpel w pewnym momencie sam się pozdrowił „lewą w dół”. Nic więc dziwnego, że w klasztorze dziękowaliśmy prawosławnej Opatrzności za udaną wspinaczkę. Św. Bazyli Ostrogski, którego relikwie przyciągają tłumy pielgrzymów, odebrał od nas należną cześć. Odpuściliśmy sobie jednak gaszenie pragnienia wodą ze źródełka. Podobno posiada ona cudotwórcze moce w leczeniu bezpłodności. Na tę dolegliwość nikt z nas nie narzekał (ja przynajmniej nie sprawdzałem, czy na nią cierpię). Poza tym rozum podpowiadał, że cudowną wodą trzeba płukać nie tyle gardło, co inne części ciała. Była na to zbyt zimna, a poza tym pielgrzymi mogliby nas zrzucić ze skały z opuszczonymi spodniami. Ja przynajmniej wolałem uniknąć kontaktu gołego tyłka – że o przedzie nie wspomnę – z kolczastymi chaszczami.
Bardzo przyjemna relacja... pozdrawiam