Dubrownika nie polecam zwiedzać w samo południe. To istny horror, lecz przy odrobinie samozaparcia idzie przeżyć. Miasto ładne, stare i pełne Polaków. Uciekamy z niego jak najszybciej. Przejeżdżamy jeszcze przez Bośnię i Hercegowinę. Kolejna nalepka na kuferek i znajdujemy przyjemny kamping przy drodze za 20 euro za wszystkich. Kolacja na gorąco: tyrolska z pomidorami z patelni plus gorące kluski z wody. Dmakowało. Idę popływać, a „Bażant” jedzie zwiedzać Split. Pijemy zimne piwo, jest późno, a „Bażanta” nie ma.
15lipca 2009 r.
Budzą nas cykady i słoneczko. Sprawdzam motocykle, jest i „Bażanta”, więc wszystko ok.
Jak się okazuje, warto sprawdzić ulicę, gdzie się zostawia motocykl, żeby potem po nocy nie szukać. Wyjazd w kierunku na Split, a potem na krajową 1 i przez piękne góry w kierunku Zagrzebia. Krajowa 1 jest specyficzną drogą, gdzie, mimo upływu czasu, od wojny nic się nie zmieniło. Dalej tu nikt nie mieszka, nie ma CPN-ów, w ogóle nic nie funkcjonuje na odcinku prawie 200 km (z wyjątkiem Parku Teplickie Jeziora).
Przed Zagrzebiem wskakujemy na autostradę i podganiamy w kierunku Węgier. Niemiły incydent na granicy. Chorwacki celnik próbuje ukarać moją skromną osobę mandatem 70 euro za wyprzedzenie kolejki samochodów (trochę kajania i jedziemy dalej). Na Węgrzech autostrady i drogi ekspresowe są płatne, a winieta jest paragonem ze stacji benzynowej i można ją wykupić na cztery dni. Zaczynamy korzystać z GPS, który ma tu już pokrycie. Nocleg i dzień pauzy wypada nam nad Balatonem, który jest brudny, płytki i drogi.
16 lipca 2009 r.
Piotr opuszcza nas i jedzie do Wrocławia, a ja z Madzią i „Bażantem” zwiedzamy Kesztelej czy jakoś tak. Po południu kąpiel w Balatonie i tradycyjna węgierska zupa. Wcześnie idziemy spać. Wcześnie rano wyjazd.
17 lipca 2009 r.
Wyjazd o 7: 30. Kierujemy się na Bratysławę i Brno. Ciekawe, przez cały wyjazd udało mi się nie umyć motocykla (z wyjątkiem lamp). Takie miałem postanowienie i Madzi również zabroniłem zbliżać się do Afri ze szmatką. Niestety, na Słowacji wychodzę ze stacji, patrzę, a pan z obsługi (ok. 65 lat, a więc w sile wieku) myje szybę w naszej Afri. Ja na Madzię, a ona „Prosiłam, nie myj”. Hmmm… Pan się odwraca z bananem na twarzy i mówi: „Też mam Hondę”. To może osłabić. Dalsza podróż nudna, ale z czystą szybą przebiegła spokojnie, w domu jesteśmy ok. 17. Było super.
Miała być Rumunia i Ukraina, ale nie do końca wyszło. I tak nikt z nas tego nie żałuje. W sumie przejechaliśmy 4500 km. Następna wycieczka... Już wiem gdzie będzie. Do zobaczenia.