Dzida dla mnie kończy się zakopaniem w piachu i wodzie, a także 20-minutowym wypychaniem motocykla nadwyrężonym nadgarstkiem, ale warto było. Jest plaża, bunkry i niesamowity syf, czyli wszystko to, co morze jest w stanie wyrzucić. Obraz nędzy (plaża) i rozpaczy (ja). Trzeba wrócić tą samą drogą – rekonesans po plaży zakończony ujściem rzeki za głębokiej dla Afri.
Noclegu szukamy jeszcze do 21 i w końcu lądujemy w fajnym motelu, gdzie byliśmy jedynymi gośćmi, a szefem przynajmniej na początku był 10-latek. Kolacja była w stylu włoskim, a więc makarony podane w bardzo pysznej mieszance z „czymś” i, oczywiście, kąpiel.
11 lipca 2009 r.
Ból w nadgarstku... Poranek deszczowy, ale tylko do 8:00, więc standard. Kawa, papu, pakowanie i dzida. Plan Czarnogóra (Montenegro). Droga jakby smutniejsza, nie chce nam się za bardzo opuszczać tego kraju, ale, niestety, czas goni. Przed samą granicą próbuje nas zabić koleś w czerwonym golfie. Cudem unikamy wypadku. Wjazd do Montenegro i zupełnie inna kultura jazdy, inny świat. Walutą jest, oczywiście, euro i nikt tu nikogo chyba nie pytał, czy może wprowadzić sobie taki środek płatniczy.
Mieliśmy jechać wzdłuż wybrzeża i nazajutrz odwiedzić Podgoricę, ale wylądowaliśmy w Podgoricy i nikt nie wie dlaczego. Ze stolicy udajemy się na wybrzeże w kierunku miejscowości Stary Bar. Wszędzie dominuje język rosyjski, przejeżdżamy przez piękne jezioro i tunel, niestety, płatny.
W samym mieście nikt nie potrafi nam odpowiedzieć gdzie są kampingi. Na CPN spotykamy kilku Polaków, jedni są z Tarnowa i robią relację o ludziach zwiedzających południe Europy, następni to para podróżująca autostopem i wreszcie typowi turyści samochodziarze. Zjawia się człowiek, który proponuje nam plac z tyłu hotelu za 4 euro od namiotu. Jedziemy z Bażantem to obejrzeć. Niestety, porażka. Szkoda się nawet zastanawiać. Decyzja: jedziemy wzdłuż brzegu, coś musi gdzieś być. I jest 15 km dalej. Podczas postoju na poboczu, gdy ja pytam o drogę, podjeżdża tubylec na skuterku (to już drugi, który podczas tego wyjazdu ratuje nas z opresji) i prowadzi na kamp nad samym morzem. Negocjuję cenę do 20 euro za cztery osoby z namiotami i motocyklami. ZOSTAJEMY NA TRZY DNI.
12–13 lipca 2009 r.
Odpoczynek. Nadgarstek dalej boli, zwiedzamy parę okolicznych Monastyrów. Są naprawdę piękne i, oczywiście, stare. Kąpiel w morzu, jakieś ruinki, piwo, jest leniwie. Przegląd motorków i jeden dzień, w który coś nas podkusiło, „jedziemy się polansować w samych koszulkach bez kurtek”, kończy się to poparzonymi przez słońce ramionami i wierzchem dłoni. Cóż…
14 lipca 2009 r.
Czas opuścić Czarnogórę i powoli kierować się w stronę zimnej północy, ale zanim to nastąpi trzeba zobaczyć słynny Dubrownik. Wyjazd z Czarnogóry skracamy troszkę i korzystamy z promu w jednej takiej fajnej cieśninie (nazwy nie pamiętam). Dalsza droga to już gładki asfalt i tylko temperatura daje się mocno we znaki – na następne wakacje trzeba kupić letnie spodnie.