W Kosowie bardzo pozytywnie. Zaskakują nas ceny, szczególnie jedzenia, chociaż dla palaczy też jest to chyba raj cenowy, bo 1 euro za paczkę „dobrych” fajek to przecież nie jest dużo.
W następnym mieście gubimy drogę i pomaga nam koleś na skuterze, który wyprowadza nas sobie tylko znanymi skrótami przez osiedla na peryferie i drogę do granicy albańskiej.
Granica albańska. Strażnicy i tajniacy, nie jest wiadomo kto jest ważniejszy. Pytam o zgodę na fotkę przy tablicy wjazdowej – jeden koleś się zgadza, a zaraz drugi robi z tego aferę.
Są stemple w paszportach i Albania stoi przed nami otworem. Za przejściem piękny, szeroki asfalt, ruch prawie zerowy, można odkręcić, a i tu niespodzianka, bo za łukiem na środku tej fantastycznej drogi stoją krowy i nie mają zamiaru się usunąć. Było to ostrzeżenie, które należało już potraktować poważnie i tak też robimy. Zwalniamy, całe szczęście, bo następną niespodzianką jest brak mostu po prawej i rozkopany istniejący most po lewej (oczywiście, fakt ten nie był poparty żadnym znakiem). Piękny asfalt kończy się tak samo niespodziewanie jak się zaczął i mamy już coś pod kołami, co możemy umownie nazwać w europejskim słownictwie mocno zużytą drogą techniczną lub czymś, co wskazuje, że tędy się jeździ. Trwa to około 40 km w upale i kurzu, a następnie przechodzi w nowo budowaną autostradę Prisztina–Tirana. Plan: dolecieć nad morze i spać na plaży.
Plan zaczyna być coraz trudniejszy do zrealizowania, szczególnie z mapą w postaci atlasu Europy 1:175 000, gdzie cała Albania mieści się na formacie A4. Wjeżdżamy do jakiejś większej miejscowości i przez ponad 40 minut próbujemy nawiązać kontakt z kimkolwiek. Niestety, zostaliśmy poklepani, motory zostały wydotykane i wiemy tyle, że Tirana jest „deresz, deresz”, czyli „prosto, prosto”. I nic więcej! Dla mnie to za dużo. Staję się toksyczny, więc zostawiam grupę i udaję się w poszukiwani bankomatu. Znajduję i wypłacam 10 000 tysięcy ich pieniążków nie mając pojęcia, jaki jest kurs tej waluty. Po powrocie dowiaduję się, że w sumie to stoimy pod kantorem, ale co tam. Wchodzimy do maleńkiego klimatyzowanego sklepiku (na zewnątrz ok. +40˚C). Próba nr 1: kupno mineralnej. Porażka, no dobra. Amigo, patrz na mój palec i podaj mi wodę. Aaaa, nie tą małą, tylko dużą… Ja pi...ę!!! D U Ż Ą! Dziewczę z kolejki za mną coś do pana zaświergotało i pan przynosi z lodówki dużą wodę mineralną. Podnoszę szczękę z podłogi – niepotrzebnie, bo zaraz znów opadnie. Dziewczę płynnym angielskim pyta, czy coś jeszcze chcemy kupić. Dochodzę do siebie i pytam, czy dziewczę mówi i rozumie, czy mi się tylko zdaje, a panna na to z uśmiechem, że tak mówi i rozumie, a my jesteśmy z Polski, tak? No nie, tego już za wiele. Okazuje się, że nasza znajoma pracuje w Londynie i mieszka z Polakami. Dowiadujemy się również, że zdobycie mapy graniczy z cudem i jak już to tylko w Tiranie. Pokazuje nam kierunek do morza i rozstajemy się, życząc sobie powodzenia.
Droga na plażę jest szutrem, a potem niekończącą się groblą. Robi się późno, więc stajemy na tej grobli obok opuszczonych budynków i decydujemy się na nocleg. Według GPS jesteśmy jakieś 4 km w morzu i jest super. Zmęczeni szybko usypiamy.
10 lipca 2009 r.
Budzi nas odległy stłumiony grzmot. To chyba pech, nawet tu dogonił nas deszcz. Wstajemy szybko i zwijamy obozowisko – trzeba korzystać, dopóki namioty suche. Wychodzę i widzę piękne bezchmurne niebo. Co jest? Znowu ten grzmot. Na nieodległej łodzi miejscowy, nazwijmy to, rybak w specyficzny sposób, w Polsce zakazany, poławia owoce morza. Więc spokojnie jemy śniadanie i zaczynamy dalszą realizację planu Tirana + nocleg na plaży!
Tirana egzotyczna i przez to chyba piękna, zupełnie inna niż reszta kraju. Centrum zadbane z budynkami ministerstw rozłożonymi wokół wielkiego ronda, które jest jednocześnie centrum miasta. Zwiedzamy w upale przez około 3 godziny parki, fontanny… Czuć pęd do kultury zachodu. Z Tirany w akompaniamencie klaksonów wyjeżdżamy w kierunku Dures, największego kurortu Albanii. Samo Dures, jak to kurort: port, plaża, starówka… Nic ciekawego. Mamy parcie na piaszczystą piękną plażę. Zjeżdżamy więc na drogi, oczywiście, szutrowe, w kierunku południowo-zachodnim i z coraz gorszej jakości dróg lądujemy pośrodku starej warowni w żaden sposób nie oznaczonej. Jest pięknie – jest warownia, szutry, gorąco, późno, a nie widać plaży. Dopadamy w końcu jakiegoś autochtona, który na hasło Adriatyk pokazuje krzaki i mówi „deresz, deresz”. Hmmm… No to dzida.