08 lipca 2009 r.
Pobudka wcześnie, namioty suche, wiało całą noc. Decyzja: szybkie papu i jazda do Prisztiny.
Nagle okazuje się, że nie będzie to takie hop siup. W Trampku z przodu kicha. Cóż, wyspecjalizowany serwis w naszym składzie błyskawicznie ściąga koło, wyciąga dętkę, kontroluje oponę, wkłada nową dętkę i z uśmiechem pompuje kompresorkiem koło.
Pompuje… Pompuje… Pompuje… iiiii nagle opamiętanie, ściągamy dętkę i Eureka! „Przyszczypana” w dwóch miejscach! Noooo to jesteśmy w du...
Decydujemy, że ja i Piotr na koń i szukamy wulkanizacji (po drodze na jednym z łuków eksploruję poletko kukurydzy – jakoś bez kufrów i pasażerki Afri idzie trochę szybciej)... Po około 50–60 km znajdujemy naprawę. Koszt po przeliczeniu wynosi 6 PLN. Wracamy, zakładamy koło i już jest 12:00. Jedziemy na granicę. Kolejka złożona w większości z tzw. mrówek w Daciach. Omijamy i zostajemy szybko odprawieni. Wjazd do Serbii. Tu już czekamy grzecznie w kolejce, na szczęście, krótkiej. Kontrola na granicy bardzo dokładna, ale tylko dokumenty. Stemple w paszporty i dzida. Widać już różnicę, wszystko jest pisane cyrylicą. Na szczęście, jest też podwójna pisownia. Pogoda jest super, szukamy jakiegoś obiadu. Znajdujemy bar. Zatrzymuję się i pytam kelnerkę, czy można coś zjeść. Oczywiście, angielski jest tu językiem bardzo obcym. Na migi jest trochę lepiej, ale odpowiedź brzmi: „Nie”, tylko napoje (patrz – piwo). Załamka. Stoję w upale przy moto. Robimy krótką naradę z Madzią i Piotrem. „Bażant” tankuje wachę. Podchodzi tubylec z knajpki i zaczyna nam po angielsku (o dziwo) tłumaczyć, że 200 metrów wcześniej jest taki grill bar z dobrym i smacznym jedzeniem. Tubylec zaciekawiony pyta nas skąd i dokąd jedziemy, po czym życzymy sobie szczęścia i odjeżdżamy do rzeczonego grilla.
Bar jest i owszem, ale przez 10 min nie jesteśmy w stanie niczego zmówić. Powód błahy - bariera językowa. Rozwiązanie jest jednak proste i skuteczne – sprzedawczyni zabiera Madzię do kuchni i pokazuje, co ma w lodówce. Zamówienie złożone i po kwadransie już spożywamy pyszne coś z mięsa, sałatkę pomidorową i bułeczki. Wszystko popijamy odrdzewiaczem, czyli Coca-Colą. Jest pięknie. Za całość płacimy ich pieniążkami, w przeliczeniu niecałe 20 PLN, co wprowadza nas w doskonały nastrój, którego nawet rozpoczynająca się ulewa nie jest w stanie zepsuć. Ulewa mija i mija czas, tylko my w tym samym miejscu, a więc na rumaki i naprzód. Decydujemy się na autostradę, żeby troszkę podgonić.
Gonimy całkiem nieźle aż kończy mi się wacha, co owocuje objawem paniki w moim jestestwie (na pewno coś się zepsuło). Na szczęście, jest Piter, który uspokaja i przełącza już prawie ukręcony kurek na res. Ogień na jakikolwiek CPN, autostrada owocuje spalaniem w granicach 7 l, co wyjaśnia niespodziewany brak paliwa. Robi się ciemno i nieciekawie, więc zatrzymujemy się na noc w przydrożnym motelu. Moto do garażu, a my do kąpieli i spania (przed snem jeszcze tylko piwko i Metaxa).
09 lipca 2009 r.
Poranek budzi nas deszczem. Lekka załamka. Powolne wstawanie i śniadanie. Przestaje padać. Smarowanie łańcucha, pakowanie i w drogę. Kosowo czeka.
Wjazd do Kosowa dziwny, niby granica, ale widać, że świeża. Przed wjazdem musimy zapłacić obowiązkowe OC – 20 euro od motocykla. Lżejsi o tą sumę pociskamy dalej. Kraj – prowincja. Zupełnie inny niż wcześniejsze. Mnóstwo meczetów i zamalowane znaki tam, gdzie była cyrylica. Chaos na drodze osiąga apogeum w stolicy Kosowa, Prisztinie. Klaksony i brak organizacji. Wszędzie pełno pojazdów KFOR. Budynki Unii Europejskiej i NATO są szczelnie odgrodzone i pilnowane przez lokalną (chyba) policję.
W Prisztinie spędzamy około 2 godziny włócząc się po mieście i lokalnym bazarku. Motocykle zaparkowane pod budynkiem rządowym, ale na zewnątrz ogrodzenia – strażnik obiecał patrzeć na bagaże.