Drugim reprezentantem szanownego składu Ostra Jazda w finale był Winiu, znany rzeźnik motocyklowy, który tradycyjnie zgruzował moto podczas eliminacji. Urywał cały tylny stelaż. Ale, że jak już wspomniałem, Ostra Jazda to skład bardzo szanowny, dostarczyli oni swojemu reprezentantowi części i bez problemu mógł wystartować w finale. Winiu jeździ ostro i bezkompromisowo, co chwilę przyprawiał silnik swojej F4i o dźwięki odcięcia. Nie mogło również zabraknąć dużych ilości spalonej gumy. No i że tradycji zawsze musi stać się zadość, była też kolejna gleba, tym razem na szczęście lajtowa. Następnym młodym zawodnikiem był Procent (zwany też Promilem) na dosyć rzadko spotykanym w polskim stuncie sprzęcie - Kawasaki ER6N. Chłopak jeździ świetnie, bardzo technicznie, ale jego motocykl za sprawą swojego cichego wydechu powodował małe problemy w ocenie przejazdu. Nie wiadomo było czy stunter robi coastera, czy ciągnie motocykl na wolnej gumie. Szkoda, bo występ był bardzo dobry. Zwycięzca zeszłorocznego Extrememoto - AC Śledź był bardzo nie zadowolony ze swojego sobotniego występu i bardzo starał się, żeby w finałach pojechać lepiej. Skutecznie! Kilka jego trików było jedynych w swoim rodzaju. Dodawał do tego dużo driftów i parę akrobacji. Świetnie też wyszła jedna z prób „special K” cyrkli (cyrkli podczas których jedna noga jest przerzucona przez kierownicę, a druga z boku baku) podczas której, chyba trochę przez przypadek, zatrzymał się nagle w powietrzu na jednym kole i wisiał tak kilka sekund. Czy zrobił to specjalnie - nie wiem, ale wyglądało kosmicznie i pokazało, że Śledź jest mistrzem w utrzymaniu równowagi. Później przyszła pora na „raptowne realia”, bo pojawił się znany dobrze wszystkim Raptowny. Wiadomo, że jak on jeździ, to będzie huk, dym, ogień i ogólny terror. Raptus ma mocny, oldchoolowy styl, czyli jak wpada, to robi to bez taryfy ulgowej. Jego popisowych numerów, czyli długich i bardzo wysokich stoopie oraz driftów było pod dostatkiem. GSXR, którym jeździ, co chwilę pojękiwał odciną, gdy Raptus wychodził z kolejnych widowiskowych uślizgów. Również szybkie no handery i cyrkle mogły się podobać, bo robi to w swoim, raptownym, stylu. Do tego, żeby ukazać że interesuje się nie tylko stuntem, pokazał nam kilka skoków z małej rampy. Jednak nie był on tego dnia jedynym „skaczącym” stunterem, bo nasz Papa Stunt, czyli Cygan zrobił niezłe wrażenie, gdy na początku swojego przejazdu zeskoczył motocyklem z paki swojego wypasionego pick-up`a, a później kilkakrotnie wyskoczył z mini-skoczni ustawionej przez jego kumpla. Jak to zwykle bywa u Cygana, musi on zrobić coś oryginalnego. Poza tym pokazał sporo innych tricków, z cyrklami, no handerami i wieloma innymi. Nie obyło się też bez popisowego numeru „Papy”, czyli tzw. wieży, którą zrobił jako pierwszy w Polsce jakiś czas temu. O kolejnym zawodniku - Kabanie - można powiedzieć tyle, że jeśli nie widziałeś go w akcji, to nie wiesz co to rozpierducha. Ten chłopak tak popisowo męczy sprzęty, że te które już odeszły powinny być beatyfikowane, a obecna F4i zapewne od razu zostanie wyniesiona na ołtarze. Nie było minuty pokazu, by nie było słychać dzikiego dźwięku odcięcia i nie czuć było spalonej gumy. Agresywny styl Kabana to jego znak rozpoznawczy, więc na zakończenie postawił motocykl na stelażu, siadł na high-chiar`a i spalił gumę. Hardkor w czystej formie. Ostatnimi dwoma zawodnikami byli MOK i Beku z Wheelieholix, gdzie ciężko odróżnić kto stuntuje a kto melanżuje, bo najczęściej robią to w tym samym czasie. Poza tym chłopaki potrafią dobrze jeździć, co każdy z nich pokazał. MOK jest naprawdę świetny w szybkich cyrklach, pokusił bym się o stwierdzenie, że może robić najszybsze cyrkle w naszym pięknym kraju. Do tego różne inne triki które ma bardzo dobrze opanowane i mamy przepis na dostanie się do finału. Zaś jego team`owy kumpel Beku kręci cyrkle niemal cały czas. Jeśli właśnie nie robi niczego innego, to zapewne kręci cyrkle. Małe, duże, na siedząco, na stojąco, pełen serwis. Ogólnie straszni z nich krejzole ci Wheelieholix.
Po występach finałowych można było pooglądać „jak to się robi” na Węgrzech i w Szkocji, bo wpadli Zoltan i Carmichael. Węgrzy mają dziwny język, ale Zoltan pokazał, że doskonale wiedzą co to stunt. Jego jazda tyłem na jednym kole MZ 150, cyrkle z ewolucjami z kosmosu, czy pokazy z ziejącymi ogniem rogami na kasku nie mogły się nie podobać. Tak samo zresztą, jak to co robił wesoły Szkot nie pozwalało przejść obok spokojnie. Jego maksymalnie rzeźnickie drifty, długie stoppie, a przede wszystkim jazda na gumie Triumphem Rocket III powalały na kolana. Świetnie było zobaczyć światowe gwiazdy na naszym podwórku.
W sumie uważam jednak, że było to święto naszego stuntu. Chłopaki latali tak, że na usta cisnęła się „Rota” a biel i czerwień stały każdemu przed oczami (zwłaszcza gdy występował Cygan). Ale tak już na serio, to chłopaki naprawdę pokazali się świetnie. Poziom profesjonalizmu stunterów zaskoczył wszystkich, chyba nawet ich samych. Rzeczą, która jednak najbardziej mnie ucieszyła, to szacunek i brak spięć pomiędzy naszymi stnuterami. To naprawdę dobrze, że regułą są wspólne treningi i imprezowanie. Wygrał stunt i oby tak zawsze było!