Kierujemy się na Beius – miasto, które posiada w okolicy ciekawe jaskinie, kiepskie asfalty, ale doceniamy fakt, że w ogóle są. Tzn. są tylko do pewnego momentu, potem są różne szutry. Od takich fajnych drobnych po trakty robione z tłucznia, takiego jak u nas na podkładach kolejowych. Najgorsze to te z nieutwardzonego i świeżego tłucznia. Troszkę błądzimy, ale przesympatyczni tubylcy kierują nas w dobrym kierunku. Po obejrzeniu jaskini (warto) szukamy noclegu. Decydujemy się na piękną scenerię: rzeczkę na tle gór i kępy drzew, z dala od wszystkiego. Po krótkim rekonesansie drugi brzeg jest lepszy od aktualnego, a więc znajdujemy bród i dzida. Ciepła kolacja plus jakiś tam odkażalnik i burza z mnóstwem piorunów to super przepis na udaną imprezę. Namioty wytrzymują.
06 lipca 2009 r.
Pobudka i śniadanie bardzo wcześnie 6:00. Wszystko jest mokre, do 9:00 suszenie i pakowanie. Kierujemy się na południe. W Beius tankowanie i w jakiejś podrzędnej wiosce kupujemy wodę. Dochodzi do nas też fakt, że czas w Rumuni jest inny niż w Polsce i trzeba dodawać godzinę. Cóż, lepiej późno niż wcale :). Plan na dzisiaj przewiduje ok. 300 km. Jak na razie po 70 km zjazd na białą na mapie drogę, która weryfikuje nasze przygotowanie do bezdroży. Droga niknie zmieniając się to w szutry, to w rozlewisko, kamienie i krótkie odcinki supernowego asfaltu. Męczarnia w potwornym kurzu i upale. Po ok. 2 godzinach i 30 km znajdujemy pasterzy, którzy kierują nas do wioski (nie pomogli nam w określeniu naszej pozycji na mapie), w której spotykamy się z uśmiechem życzliwością i w końcu pomocą. Mamy wytyczne na kierunek, w którym powinniśmy jechać. Dalej są szutry, ale jest to jakiś uczęszczany trakt i są znaki. Remonty dróg polegają na przywiezieniu wywrotki tłucznia, wysypaniu na hałdę, a następnie rozsypaniu tego budulca w miarę wzdłuż drogi. Jesteśmy już potwornie zmęczeni. Wiem, że już nie dojadę do przełomu Dunaju, tak jak chciałem i nocleg wypadnie nam gdzieś... gdzieś!
Około 20:00 rozsądek bierze górę i udajemy się w góry w kierunku naniesionego na mapie kampingu. Robi się chłodniej. Docieramy do, wydawać by się mogło, turystycznej miejscowości, rozdzielamy się i eksplorujemy w celu odnalezienia kampingu. Efekt – gleba „Bażanta”. Na szczęście, niegroźna, ale pola namiotowego nadal brak. Robi się ciemno. Znajdujemy pensjonat, gdzie za 10 euro mamy pokój i śniadanie na osobę. Kąpiel, kolacja, dopada nas zmęczenie. Zasypiam jak niemowlę.
07 lipca 2009 r.
Poranek piękny, nie pada... Jeszcze! Szamiemy śniadanko i w drogę (w TV pokazują powodzie we wschodniej i północnej Rumunii. Decyzja: jedziemy na przełom Dunaju, a potem Albania). Jest fajnie. Po ok. 1,5 km dojeżdżamy do jeszcze niewykończonego ośrodka nad pięknym zalewem, jest coraz wilgotniej. Ubieramy „kondomy” i robi się parno. Droga zmienia się w szuter, zaczyna się robić bardzo ślisko i mgliście. Dojeżdżamy do szczytu, kończy się szuter, a zaczyna się kamienisty trakt. Deszcz już nie pada, leje! Po wyjściu z kolejnego zakrętu prawie najeżdżam na trampka „Bażanta”, który leży grzecznie na lewym boczku. Ogólnie bez strat i jedziemy dalej. W tej miłej atmosferze mija nam kolejne 40 km, czyli jakieś 2 godziny. W końcu trafiamy na asfalt. Nowa główna droga, tylko że w trakcie remontu. Z mijankami bez wymalowanych pasów, za to z tirami i dużą ilością deszczu. Czuję jak „kondom” przemókł na wysokości pasa i wpuszcza przez zamek duże ilości wody. Mijamy tira z Polski – facet radośnie nam trąbi i jest miło. Pioruny walą dookoła, kiedyś to się chyba skończy? Kończy się niespodziewanie i nagle; w momencie dojechania do Dunaju świeci słońce. Przerwa, robimy kawkę, suszymy ciuchy i robimy fotki. Po posileniu i napojeniu dzida przed siebie. Winkle, szutry, skały, urwiska, psy, krowy i jeden żółw. I tak przez ponad 100 km – super. U kresu przełomu znajdujemy kamping z prysznicem i toaletą. Zamawiamy kolację i zimny browar. W telewizji pokazują pogrzeb Jacksona i powodzie. Utwierdzamy się w przekonaniu, że powinniśmy jechać na południe. Ok. 21 przechodzi burza. Właściciel mówi, że tu już tak 20 dni leje – masakra. Noc, psy całą noc ujadają...