Stunt okiem Bartka
Dużo ponad 100 koni i grubo przeszło 150 kilogramów pod tyłkiem kolesia w krótkim rękawku kręci cyrkle jadąc na jednym kole. Ten w kasku skacze po nim, chodzi do tyłu i do przodu, tu wyciągnie nogę, tu przełoży rękę, zeskoczy na ziemię, wskoczy z powrotem. To nie opis występu gwiazdy specjalnej Extrememoto. To opis jak latali NASI !
Kilka lat temu, gdy pierwszy raz pojechałem na polskie zawody w stuntcie (SFF Bielawa 2005) naszych zawodników było kilkunastu, jeździli w większości na „lekko” nadwyrężonych motocyklach, poziomem byliśmy dobre 3-4 lata za średnim poziomem światowym, a sami stunterzy byli to zwykli „zajawkowicze”, znienawidzeni przez miejscową Policję i wyzywani w najlepszym przypadku od „dawców” i innych miłych ludzi. Organizacji tamtej imprezy nawet nie chcę sobie przypominać, bo to był po prostu chaos w czystej postaci, totalny nieład. Komentator wymyślał nazwy tricków na poczekaniu, o stuncie wiedział tyle, co nic, a jakby tego było mało, tworzył „z głowy” opowieści o stunterach. Jakieś panie „działaczki” przebiegały niemal pod kołami śmigających jeźdźców, a ochroniarze stali tak, że zasłaniali widok publice. Nagrody były pokroju gratulacji burmistrza, pucharu, dyplomu i ciepłego napoju typu szampan importowanego z terytorium „bratniego narodu rosyjskiego”.
A teraz mamy 11 maja roku pańskiego 2008. Warszawa, Bemowo, finały zawodów Extrememoto. Patrzę na ilość samochodów stojących na parkingach, na tysiące widzów, stragany z trąbkami, wielkie banery typu Suzuki, Yamaha czy różnej maści firm związanych z motocyklami. Od samego wejścia uśmiech nie schodził z mojej twarzy. To, o czym kiedyś nawet nie marzyli stunterzy działo się na moich oczach. Stunt nie był już tylko przystawką, a samych zawodników nikt nie traktował jak, ładnych chłopaków na śmiercionośnych maszynach, ozdóbki, czy materiałem do bicia (zależy, co było potrzebne). To oni byli tutaj gwiazdami!
Już z daleko czuć było zapach spalonej gumy i co chwile słychać było dźwięki „odciny”, która stara się uchronić silnik przed zapałowaniem na śmierć. Odcina i ten zapach to nieodłączne atrybuty każdego stuntera, jak pioruny dla Zeusa i marchewka dla królika Bugsa. Na samym początku udałem się do części zamkniętej dla widzów, gdzie stunterzy trenowali przed finałami. Atmosfera była po prostu świetna, każdy zawodnik gadał z każdym, mnóstwo uśmiechniętych gęb, ogólnie luz. Żar lał się z nieba, a betonowe płyty pokrywały się kolejnymi czarnymi sznytami. Ani przez chwilę treningowa część lotniska nie była pusta, cały czas ktoś na niej latał. Bo po to tu przyjechali, pojeździć ze znajomymi, a przy okazji dobrze się bawić. W oczy od razu rzucał się Beku, który na swojej świeżo pomalowanej Hondzie CBR 600 F4i, który zaraz obok barierek kręcił cyrkle o średnicy około 2-3 metrów, krzycząc przy tym „nie wolno mi się wywalać, bo to świeży lakier”. Co chwilę kolejny nasz stunter wyjeżdżał i kręcił kółka. A tu znowu wyskoczył Winiu, również na F4i i zaczął robić szarpanie manety, a później palił jeszcze gumę przez dobre kilka minut. Niewiadomo gdzie wzrok zawiesić, bo co chwilę ktoś pokazywał, na co go stać. Gdy nadeszła informacja, że za niedługo odbędą się przejazdy finałowe, treningowa część lekko się zagęściła. Każdy chciał choć trochę się rozgrzać. Na sygnał wszyscy finaliści wjechali żeby się przedstawić. Każdy z nich to zupełnie inny styl jazdy, inny charakter. Wiek też bardzo zróżnicowany, od najmłodszego 16-latka Pasia, do 37 letniego Cygana, zwanego często przez innych stunterów „papa stunt”. Komentator po przedstawieniu wszystkich i małej gadce rozpoczął zawody. Pierwszy wjechał Stunter13 i... Czy ja przypadkiem nie trafiłem na Stuntwars?! A może jakiś stuner z zza wielkiej wody przez przypadek zaplątał się wśród naszych?! Wiedziałem że Stunter13 jeździ świetnie i potrafi zadziwiająco dużo, ale to co zobaczyłem po prostu wbiło mnie w ziemię, a beton pod moimi nogami mocno spękał, gdy z wielkim hukiem opadła mi szczęka. Takich kombinacji cyrkli z wszelkimi bajerami, stoopie i driftów na żywo nie widziałem, a to wszystko pięknie i płynnie połączone w świetne show. Wszystko z „wykopem” i z taką dawką energii i adrenaliny, że zacząłem przyglądać się czy Stunter13 niema podpiętego gdzieś, na ostro, w żyłę Red Bull`a, albo czy nie dopadło go ADHD. Ale gdy tak się mu dokładnie przyglądałem zauważyłem coś innego. Skupiałem wzrok na jego stopach i nie zauważyłem ani raz, żeby w niezamierzony sposób dotknęły podłoża. Każdy trik miał dodane coś od siebie, a nawet podczas „zwykłej” jazdy na wolnej gumie Stunter13 skakał po siedzeniu w górę i w dół. Niesamowicie żywiołowy występ. Drugi wjechał Pasio. Nasz najmłodszy stunter, w tym konkursie, zaskakiwał techniką. Płynnie łączył kolejne kombinacje cyrkli z wieloma trickami, które wykonuje jako jeden z niewielu. Jego F4i nawet nie próbwał się opierać, chodził pod nim jak pudelek w cyrku, bez najmniejszych oznak buntu kręcił kolejne cyrkle, stawał na przedzie i tyle, robił co pan mu kazał. Pasio bardzo cieszył się z tego, że w końcu wystartował w zawodach, bo już kilka razy jakieś niezależne od niego siły nie pozwalały mu wystąpić. Kolejną osobą w finale był Łukasz z Zamościa, 17-latek reprezentujący skład FRS. Bardzo dobry występ w eliminacjach dał mu 3 lokatę przed finałami. Jednak z jakichś powodów w finale poszło mu gorzej. Wspominał coś o tym, że myślał iż ma jeszcze dużo czasu, a tak naprawdę wykorzystał już maksymalny czas przejazdu. Sprawiło to, że nie pokazał wielu tricków, z których jest znany i osoby, które widziały go już wcześniej w akcji poczuły niedosyt. Czwarty na płytę lotniska wskoczył Maciek DOP, jak dla mnie nowa twarz. Chłopak naprawdę dobrze jeździł, fajnie było zobaczyć świeżych zawodników, którzy potrafią od razu wskoczyć na wysokie pozycje. Występ bardziej techniczny niż widowiskowy, dużo kombinacji cyrkli, no handery, wszystko to co powinno znaleźć się w występie. Ogólnie pozytywnie i oby więcej nowych twarzy. Piąty wyjechał Chris, który miał pecha po sobotnich eliminacjach. Po bardzo dobrym występie i zakwalifikowaniu się do finału z niezłą lokatą zgruzował swoje moto i musiał pożyczyć sprzęt od kumpla. Wiadomo, że nie swój sprzęt to zupełnie inna bajka i nie da się zrobić tego wszystkiego co potrafi się na swoim. Szkoda bo przejazd finałowy Chrisa nie był tak dobry, jak w eliminacjach, nie pokazał on na co go stać w 100%. Tak to czasem bywa, miejmy nadzieję że w kolejnych konkursach będzie miał więcej szczęścia. Kolejnego stuntera poprzedziły okrzyki „JAZDA JAZDA JAZDA! OSTRA JAZDA!” i każdy wiedział, że nadjeżdża reprezentant Ostrej Jazdy Kraków - Tomek600. Znany jest on z długich przejazdów na przednim kole oraz z tego, że jako jedna z pierwszych osób, kręcił w naszym pięknym kraju cyrkle . Tomek ma bardzo przyjemny styl jazdy, bo jest on zarazem bardzo techniczny i płynny, a nie brakuje mu energii i nowatorskiego podejścia. Bardzo dobry przejazd, bez dwóch zdań, z ocen sędziów wynikło, że o wiele lepszy niż w eliminacjach.