W poprzedniej części pisaliśmy o możliwości zabezpieczenia motocykla przed konsekwencjami upadków. Jednak, jak powszechnie wiadomo, nie jest to jedyna przeróbka ułatwiająca życie potencjalnego stuntera…
Po co to komu?
Na początku wyjaśnijmy sobie jedno – dlaczego akurat większa zębatka, a nie zmiana przełożeń w skrzyni biegów? Odpowiedź jest banalna: po pierwsze koszta, po drugie – łatwość wymiany i eksploatacji. Korzyści wynikających z założenia tak zwanej „pizzy” jest wiele. Krótsze przełożenia to mniejsze wysilenie napędu oraz silnika, które i tak znoszą niemałe katorgi – tak na początku naszej nauki gumowania, jak i w momencie, gdy strzelając ze sprzęgła potrafimy już na momencie „wstrzelić się” w punkt balansu.
Założenie większej zębatki z tyłu (i analogicznie – mniejszej z przodu) wiąże się z mniejszymi prędkościami, jakie możemy uzyskać jadąc na jednym kole i robiąc tak zwaną „wolną gumę”. Dzięki temu upadek przy ewentualnym niepowodzeniu nie będzie tak drastyczny, jak w przypadku gumowania na seryjnych przełożeniach. Mniejsza prędkość to większa moc przekazywana na tylne koło. Łatwiej jest więc zrobić wiele trików. Przykładowo przy triku zwanym „no hander” (jazda na jednym kole bez użycia rąk), przy podkręconych obrotach i dużej zębatce, każda 600-ka bez większego problemu poradzi sobie ze zbyt mocnym naciśnięciem hamulca i szybko podniesie nasz motocykl ponownie do punktu balansu. Analogicznie sytuacja wygląda w przypadku hamowania obrotami silnika. Jest to szczególnie pomocne, gdy nie mamy jeszcze w nawyku używania hamulca, a zaczynamy już jeździć w balansie.
Uzębienie pełną gębą!
Duża zębatka zmienia specyfikę jazdy naszego stunt-psa na bardziej agresywną. Z pewnością niejednego początkującego stuntera zadziwiło koło samoczynnie odrywające się od ziemi po zmianie serii 43z na 60z. Nie wspominając już o tych, którzy, bagatelizując tę istotną zmianę, najzwyczajniej w świecie nakryli się motocyklem (bo i takich, niestety, nie brakuje)… Jednak, jak mawiał nasz szanowny były prezydent: „Każdy plus ma strony dodatnie i ujemne”. Niestety, powiedzenie to sprawdza się także w przypadku montowania dużych zębatek. Kosztem mocy tracimy, oczywiście, na prędkości. Jazda w trasę motocyklem wyposażonym w „dodatkowe uzębienie”, to porywanie się z przysłowiową motyką na Słońce lub, jak kto woli, zawracanie kijem Bugu czy Dniepru (chyba nie pomyliłem rzek ;>). W każdym razie praca iście syzyfowa, bo wpinanie od świateł do świateł (bez żadnego problemu i większego ryzyka) szóstego biegu mówi samo za siebie.