Do napisania tego artykułu zainspirował mnie post na jednym z największych forów internetowych o tematyce motocyklowej. Od dłuższego czasu bowiem fascynował mnie temat naprawy motocykli w naszym pięknym, nadwiślańskim kraju.
Czy to oszczędność kieruje ludźmi, że gotowi są zaryzykować swoje życie jeżdżąc czymś, co kiedyś było motocyklem? Czy może skrajny brak instynktu samozachowawczego? A może brak świadomości konsekwencji? Cokolwiek by to nie było, niektórych powypadkowych sprzętów po prostu nie wolno naprawiać. Pół biedy, kiedy zdarzył się nam parkingowy paciak bądź niegroźny szlif. W przypadku sportowych motocykli, szczególnie tych bardziej leciwych, można przyjąć, że większość miała mniejsze lub większe przygody. Niedostosowanie mocy do ambicji kończy się prawie zawsze w ten sam sposób. Szczęściem jest, kiedy uszkodzony zostaje sam motocykl. Gorzej, kiedy kierowca nie ma już okazji pochwalić się swoimi doświadczeniami.
Niestety, motocykle powypadkowe to nadal kuszący rynek dla wszelkiej maści handlarzy i domorosłych mechaników. Taki sprzęt można tanio kupić za granicą, bardzo tanio „wyklepać” w Polsce i sprzedać jako w pełni sprawny. Prostowanie lag to chyba jedna z niewielu usług, którą można wykonać w każdym lepiej wyposażonym warsztacie samochodowym. Jednak bez popytu nie ma podaży. Nowe rury nośne – element który przy wypadkach najczęściej ulega uszkodzeniu – kosztują w granicach 600 zł za dwie sztuki. Dla niektórych to nie jest dobra cena za ich bezpieczeństwo. 200 zł za prostowanie lag to duża oszczędność. Niewielu z tych, którzy decydują się na taki „zabieg”, zdaje sobie sprawę, że materiał, z którego wykonane są lagi, nie nadaje się do prostowania. Po pewnym czasie, poniżej miejsca zgięcia zaczyna odpadać chrom, ukazując piękny, miedziany podkład rur nośnych. Ponadto powstają naprężenia i osłabiony materiał może nie wytrzymać większych przeciążeń, nie mówiąc już o tym, że ma tendencję do ponownego odkształcania się. Oczywiście, nasi domorośli „macherzy” i na to znaleźli sposób. Skoro chrom odpada, to należy pochromować od nowa. Niestety, mało który zakład w Polsce jest w stanie to zrobić tak, jak fabryka. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że żaden. Tu zbliżamy się do granicy ceny nowych rur teleskopów. W naszej narodowej mentalności jest jednak zakodowana oszczędność, choćby miało to być kilkadziesiąt złotych. Wydanie 600 zł naraz, to nie to samo, co wydanie prawie równowartości „na raty”.
Spawanie ramy. To także temat rzeka na wszystkich forach w Internecie. Ram we współczesnych motocyklach się nie spawa, tylko wymienia. W warunkach warsztatowych w Polsce nie ma możliwości prawidłowego pospawania ramy, która uległa pęknięciu na skutek wypadku. Ramy zrobione są ze stopów aluminium z innymi metalami. Żaden warsztat nie weźmie odpowiedzialności prawnej za taką naprawę i nie udzieli na to gwarancji. Istnieje też duże ryzyko, że motocykl przestanie być jednośladem. W stalowych ramach można ewentualnie dospawać wybite od uderzeń ograniczniki skrętu czy mocowania stelaża owiewki. Szczególnie w obecnych czasach, kiedy ramy robione są z coraz to lżejszych i wymyślniejszych stopów, wszelkie naprawy tracą sens.
Z pomysłów na „oszczędności”, z jakimi się spotkałem, warto wymienić także prostowanie klamek hamulca i sprzęgła, które kosztują ok. 20 zł. Widziałem również klocki hamulcowe docięte diaxem z klocka samochodowego, przetaczane i prostowane tarcze hamulcowe. Że też niektórym się chce takie cuda na kiju uskuteczniać... Klocki dobrej firmy na jedną tarczę kosztują ok. 50 zł. Gorzej, co prawda, z tarczami, ale jazda motocyklem nie jest obowiązkowa i jeśli kogoś nie stać na zakup nowej tarczy, to powinien się zastanowić, czy stać go na jazdę motocyklem.
http://www.bikers.pl/aktualnosci,0,81,126,1,nie_jestem_dawca!.html