Ostry dźwięk kręconego V2 (z reguły), chrapliwe dźwięki basu, zgrzyt katowanych gitar, popisy „pałkera” bezlitośnie okładającego bębny, a może nastrojowy wokal i łagodne dźwięki pojawiające się tuż po tym, jak odgłos jadącego motocykla ucichnie?
Bywa różnie i wszystko zależy od wykonawcy. W każdym razie staraniem było znalezienie znamiennych rock’n’rollowych utworów, w których o szybsze bicie serca i gęsią skórę na karku przyprawiają nas nie tylko sami wykonawcy (czasami banda oszołomów, chlejusów, nagminnych podrywaczy niewinnych uczennic szkół zakonnych), ale też dźwięk generowany przez nerwowo kręconą manetę gazu.
Odpalam stylowego szluga z miękkiej paczki, jak na prawdziwego rockmana przystało (tylko mi włosy gdzieś wyszły, szczególnie na czubku, więc nie będę nimi machał, odrzucając do tyłu grzywkę), i wspominam stare czasy, wielką popularność glam rocka, tapirowanych włosów, krzykliwych strojów, piszczących panien, które zdolne były sprzedać swoje babcie, aby podążyć za badziewiarzami z Poison, starego Grundiga w garażu, który wiernie skrzeczał, odtwarzając zjechaną kasetę, podczas gdy katowaliśmy Junaki, dorabiając im zawieszenia, na widok których Jessie James zaczerwieniłby się ze wstydu… Dobra, czas skatalogować te songi, w których dźwięk silnika odegrał rolę znamienną… Ale bez litości, odzierając je z patosu.
Motley Crue, „Girls, Girls, Girls”: jakiś oszołom znęca się nad poczciwym Evolution, wjeżdżają dźwięki muzyki i zaczyna się. Ach, być tam z chłopakami! Pojechać z nimi na przejażdżkę nocą po LA, niedbale porzucać swojego choppera pod słynnymi klubami – Dollhouse, Tattletails, Crazy Horse lub The Body Shop. Z perspektywy czasu – nie, nie chciałbym wyglądać jak Vince Neil czy Nikki Sixx, choćbym miał napisać tak wspaniała autobiografię, jaką jest Heroin Diaries, nakręcić domowego pornola z Pamelą Andreson itd. Czasy się zmieniły.
The Shangri-Las, "Leader Of The Pack": no, tu motocykl brzmi nieźle. To sound jakiegoś angielskiego Twina? Chyba tak. Kawałek fajny, rzec nawet można, że rewolucyjny w swoim przekazie, szczególnie biorąc pod uwagę, że nagrano go na początku lat sześćdziesiątych XX wieku. O, słychać nawet pisk opony przy hamowaniu. I wiecie co? Panie z The Shangri-Las wyglądały świetnie – grzeczne dziewczynki z dobrych domów, które chciały wyrwać buntownika (bez powodu).
Billy Joel, "Movin' Out": Billy, Billy, stary, dobry Billy! Dźwięk silnika w tym kawałku ssie. Tak samo, jak wokaliza Billego i chórków. Over and out… Dobranoc. A poza tym finalnie okazało się, że to nie motocykl w tle. Ale też nieźle, dźwięk Corvetty jest OK. I tylko on.
Kaiser Chiefs, "Saturday Night": o, wreszcie rzędowa czwórka! Super! Ale dźwięk nagrano tak, jakbyśmy mieli do czynienia z mikrosilniczkiem zdalnie sterowanego modelu. Zupełnie do bani!
Lars Frederiksen & the Bastards, "Bastards": o, to lubię, bo i dźwięk wozu solidny, i Lars daje radę, jak przystało na panka-milionera, który czasami po koncertach odjeżdża cholera wie gdzie na Fat Boyu lub customie za miliard kolumbijskich pesos. Ale kij tam, Lars dorobił się na pan kroku, jednak robi świetną robotę i za to mu się należy szacunek. A Bastardów uwielbiam słuchać w aucie, jadąc do pracy i mając w planach grzebanie w motocyklach.
Roxy Music, "Love Is the Drug": wszystko fajnie tylko motocykl brzmi tak, jakby Brian Ferry wcisnął go do szafy, okrył ciuchami i nagrał zza zamkniętych drzwi. Zupełnie do bani!
Moby Grape, "Motorcycle Irene": dobry sound, bardzo dobry! Widać, że w 1968 roku wiedzieli what is hot and what is not. Chociaż zastanawiam się nad jednym – czy ten silnik był rozregulowany??? Jakby zaworami lekko klepał...
Love & Rockets, "Motorcycle": wsłuchajcie się dobrze i wymęczcie całość tego kawałka. Podobno gdzieś tam słychać jakiś motocykl. Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem. Do bani.
Chris Spedding: "Motorbikin": z motocyklami najwięcej ma wspólnego tytuł i refren. Gdzieś tam słychać jakiś silnik, ale zlewa się z strasznie z gitarami. Nie wiem o co chodzi.
Revolting Cocks, "Stainless Steel Providers": jest! Trafia się na samym początku, później muzyka zaczyna męczyć przegiętym industrialem. Zdecydowanie wolę Ministry.
Judas Priest, "Turbo Lover": pomyślałem o tym kawałku, jednak uwierzcie – zero dźwięków silnika, automat perkusyjny (co za porażka!), jakieś nędzne klawisze, a klip wieje straszną gejozą… Jak chcecie posłuchać Judas w dobrym wydaniu, polecam "Painkiller" – perkusja przynajmniej miażdży przez cały krążek i w każdym kawałku.
Montrose's, "Bad Motor Scooter": pojawia się uroczy dźwięk, do złudzenia przypominający rzężący silnik jednośladu, jednak to dzieło Sammy Hagara, znęcającego się nad swoją gitarą.
Motorhead, "Motorhead": na kolana! Bić czołem przed Bogiem! Lemmy zamiata, jest wielki, wieczny! Był, jest i będzie. Co prawda, ten kawałek jest kompozycją z czasów, kiedy wyżywał się w Hawkwind, ale brzmi świetnie. No i nie wypada nie wspomnieć o „Killed By Death”. Tu wybaczę nawet mały fuck up, który pojawił się w klipie – słychać nakręconą rzędówkę, a przez ścianę do pokoju spokojnej rodzinki wpada On na Sporsterze, ale kto by zwracał uwagę na takie drobnostki – to jest MOTORHEAD! No i te klimatyczne lale o typowo angielskiej urodzie, odziane tak, że zawstydziłyby samą Wendy O. Williams z Plastmatics…
Dobra, idę przywdziać okulary, skórzaną kurtkę i jadę wyżywać się w pracy… Po drodze będę wykrzywiał twarz we wściekłych grymasach i pokazywał język innym kierowcom, a wszystko przy dzikich dźwiękach. Nastroję się na nadchodzący sezon. Znacie jakieś kawałki z motocyklowymi dźwiękami i przesłaniami w tle? Podrzućcie! Byleby nie był to jakiś mocno awangardowy "artysta", jak np. Waszka G. śpiewający do maczety…