Zapewne sądzicie, że wydarzeniem nazwać można obecnie wyprawę motocyklową po Europie czy Azji. Uważacie, że w dobie wszechobecnych telefonów, doskonale wyposażonych motocykli i pomocy ze strony sponsorów wyjazd motocyklowy poza granice Polski to z marszu prawdziwa wyprawa.
Jesteście też zdania, że kobieta na motocyklu może co najwyżej robić za balast, a płeć piękna nie docenia jednośladów i ma z nimi do czynienia co najwyżej od kilku lat, szczególnie w Polsce, gdzie motocykl służy paniom do lansu. Jeśli powyższe stwierdzenia dotyczą właśnie Was, przeczytajcie książkę Haliny Korolec-Bujakowskiej. Autorka jako młoda kobieta wyruszyła z mężem w motocyklową podróż życia. Bez możliwości łączności na facebooku, bez sponsorów, bez realnej wiedzy o tym, co może czekać ich na miejscu, dosiadając motocykla B.S.A., dysponującego zawrotną mocą 10 KM, w sierpniu 1934 roku wyruszyli do Chin. Ich podróż zakończyła się ponad dwa lata później. I właśnie o tym jest książka „Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934–1936”.
Kiedy patrzymy na siermiężną, zdobioną reprodukcjami zdjęć Bujakowskich okładkę, nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, jak ciekawą treść znajdziemy w środku. Gdyby rzecz działa się współcześnie, o wyprawie Haliny i Stacha czytalibyśmy w pismach motoryzacyjnych, oglądalibyśmy ich dokonania na profilu społecznościowym, słuchali nagrań z podróży, a relacja po powrocie na pewno znalazłaby się na naszym portalu – już moja w tym głowa. Niestety, a może właściwie dobrze – opowieść Haliny o wyprawie ukazała się w formie książkowej.
Choć początkowo nieco archaizujący język autorki i jej sentymentalne podejście do otaczającego świata mogą irytować, wkrótce wciąga nas historia dwojga młodych ludzi, którzy 77 lat temu dokonali wyczynu, jaki nawet w dzisiejszych czasach byłby sytuowany gdzieś pomiędzy kompletnym szaleństwem a niezwykłą przygodą. Halina Korolec-Bujakowska zamieszkała na wiele miesięcy w wózku bocznym motocykla, który niejednokrotnie pomagała wypychać z błota, ratowała przed wypadkiem i który był świadkiem wielu sukcesów, porażek i kryzysów małżeńskich. Która rówieśniczka Haliny wiedziała, że motocykl pali na jeden cylinder, bo podczas wyciągania go z bagna zamokło magneto? Która w ogóle wiedziała co to jest owo magneto? Która przejechała ośnieżone góry perskie, walcząc z urwanym wałkiem napędowym? Z pewnością żadna też nie miała swojego zdjęcia w kalkuckim dzienniku z 1935 roku. Autorka skrupulatnie dokumentuje stan techniczny pojazdu, a na końcu książki wydawca umieścił szczegółową relację jej męża, Stanisława Bujakowskiego, dotyczącą przygotowań do podróży, możliwych kłopotów, koniecznego ekwipunku, potencjalnych kosztów i organizacji. Jako ostatni głos zabiera B.S.A., motocykl, którym polscy podróżnicy wybrali się z Druskiennik przez Wiedeń, Stambuł, Bagdad, Delhi i Bombaj, Kalkutę i Kanton do Szanghaju. To oczywiście nie wszystkie przystanki w ich podróży, której szczegółową mapę umieszczono na wewnętrznej stronie okładki. Jednak nie tylko takiego rodzaju informacje oraz nostalgiczne czarno-białe zdjęcia zachęcają do czytania pamiętnika z podróży Haliny. Wartością samą w sobie są szczegółowe zapiski bohaterki, która ma szansę opisać podróż wyjątkowo plastycznie i dokładnie, także ze względu na długość jej trwania. Każde miejsce warte opisania, każda przygoda, każdy człowiek i anegdota warte zapamiętania znalazły swoje miejsce na kartach pamiętnika. Halina może pozwolić sobie na różne przemyślenia i wnioski, nie do pomyślenia u współcześnie podróżujących motocyklistów, zaliczających kolejne kilometry, kolejne miasta, stacje benzynowe, zabytki i restauracje. Ich przygoda z usterką ogranicza się zazwyczaj do poszukania najbliższego sklepu z częściami zamiennymi, a dopływ paliwa regulowany jest wyłącznie zasobnością portfela sponsorów. Bujakowscy czekają na nowe łożysko kulkowe, mieszkając w dżungli przez ponad pół roku. Poznają kulturę pobliskiego plemienia i adoptują małego niedźwiadka, Thai. Nie sposób zliczyć bogactwa widzianego przez polskich podróżników w czasie ich wyprawy. Choć nie brakło na niej potu, krwi i łez, na zdjęciach widać zawsze uśmiechniętą Halinę i poważnego Stacha, którzy z uporem, powoli, ale konsekwentnie brną do celu, jakim są Chiny. To próba dla ich umiejętności jazdy, znajomości techniki, ale przede wszystkim dla ich małżeństwa i przyjaźni. Czy udało im się wyjść zwycięsko z tej próby? Jak poradzili sobie z trudami podróży na Wschód i z powrotem? Jak potoczyły się ich dalsze losy? Co stało się z motocyklem? Nie dowiecie się, dopóki nie przeczytacie „Mojego chłopca...”.
Jesień sprzyja długim posiedzeniom domowym, a dobra powieść jest nieodzownym elementem tychże posiedzeń. Nie będę polecała tej książki nikomu konkretnemu, bo lektura ucieszy każdego, kto choć trochę lubi czytać – znajdziecie w niej wszystkie elementy dobrej powieści biograficznej, przygodowej i obyczajowej, elementy literatury faktu oraz solidny poradnik, jak przygotować się do podróży, dysponując własnymi środkami oraz pomysłem. Jest to powieść dla współczesnych motocyklistów, poszukiwaczy przygód, niespokojnych duchów, miłośników przedwojennych historii i wspomnień. Jest to powieść o niezwykłym wyczynie, którego dokonali zwykli ludzie. Można zaryzykować stwierdzenie, że Halina Korolec-Bujakowska pomaga swoim czytelnikom uwierzyć w marzenia, bo przecież skoro mogli oni, to może każdy z nas. I kto z nas nie chciałby mieć babci z takim bagażem doświadczeń?
Halina Korolec-Bujakowska
„Mój chłopiec, motor i ja. Z Druskiennik do Szanghaju 1934–1936”.
Wydawnictwo: W.A.B. i Poradnia K.
Rok wydania: 2011.