załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

PO GODZINACH

Iga Karst - Zabójczy afekt cz.I

Iga Karst
04-10-2011, 23:23
OCEŃ ARTYKUŁ Iga Karst - Zabójczy afekt cz.I kliknij i przesuń wskaźnik
Iga Karst - Zabójczy afekt cz.I
Iga Karst - Zabójczy afekt cz.I

— Rafał, był wypadek, pospiesz się!
— Jaki wypadek? – zapytałem automatycznie, podnosząc wzrok znad kartonów rozstawionych po całym pomieszczeniu. Od dwóch dni usiłowałem ogarnąć ich zawartość i muszę przyznać, że szło mi raczej kiepsko.
W drzwiach stał Cezary zwany Carem. Wzrok miał obłędny, a pozycja jego ciała wskazywała na to, że jest gotowy do działania, jakby zaraz miał zacząć mnie okładać. Jego drobna sylwetka mogła sugerować, że był młodszy, niż wskazywała jego metryka. Łagodne rysy twarzy nie dodawały mu męskości, ale każdy, kto go znał, nie mógł mieć wątpliwości, że Car był stuprocentowym facetem.
— Jaki wypadek? – powtórzyłem, patrząc mu prosto w oczy.
Nie odpowiedział. Zamiast tego machnął ręką w kierunku wyjścia i już go nie było.
Chwyciłem klucze, zamknąłem biuro i pobiegłem za nim. Zatrzymałem się dopiero przy samochodzie.
Pociągnął mnie za rękaw.
— Chodź! To tu, zaraz za rogiem.
Niechętnie pognałem za kumplem. Widziałem, że jest zszokowany i nieskłonny do wyjaśnień, więc nie dociekałem, o co mu chodzi.
Kiedy wyłoniliśmy się zza kamienicy, dostrzegłem powód, dla którego wyciągnął mnie z pracy. Momentalnie poczułem, że trzęsą mi się nogi, a świat zdawał się wirować jak w śnie niepoczytalnego surrealisty.
Przystanąłem, biorąc głęboki oddech, ale nie mogłem oderwać oczu od tego, co widziałem. Miałem wrażenie, że uczestniczę w jakiejś nierealnej scenie i że zaraz ktoś uszczypnie mnie, a wszystko wróci do normy.
Ale nikt mnie nie uszczypnął…
Znów ruszyłem przed siebie, nie zwracając uwagi na to, gdzie jest Cezary. Zatrzymał mnie dopiero zagradzający drogę radiowóz. Nie mogłem przejść ani kroku dalej, całe skrzyżowanie zablokowały policja i straż pożarna. Dwóch funkcjonariuszy właśnie rozciągało biało-czerwone taśmy, które w ciągu kilku minut stworzyły barierę oddzielającą scenę wydarzeń od gapiów.
Pamiętam, że w tamtym momencie miałem w głowię absolutną pustkę. Nie myślałem o niczym i niczego nie czułem. Stałem jak wryty, sparaliżowany strachem i niepewnością. Dopiero kilka chwil później uświadomiłem sobie, że jestem świadkiem potwornego wypadku.
Na skrzyżowaniu ulic Pomorskiej i Dubois leżały fragmenty powyginanego metalu, rur, potłuczone szkło i dziesiątki odłamków pokruszonego plastyku. Minęła dobra minuta, zanim w zniszczonych elementach dopatrzyłem się pozostałości po motocyklu. Nieco dalej, w stronę Mostu Pomorskiego, stał czerwony bus oklejony reklamą sklepu spożywczego. Na pierwszy rzut oka wyglądał zwyczajnie, ale kiedy spojrzało się na niego z ukosa, widać było wgniecenia na drzwiach.
Wtedy moje oczy powędrowały po asfalcie. Zrobiło mi się niedobrze i duszno, bo dotarło do mnie, że spieniona struga spływająca przy krawężniku to krew, a ciemne mazaje na asfalcie są roztartą na miazgę skórą…
Mógłbym przysiąc, że w powietrzu unosił się słodki zapach ciepłej krwi. Zemdliło mnie.
Przesunąłem się w bok, nie poddając się sugestiom policjanta, który chciał przegonić mnie, gdzie pieprz rośnie. Wychyliłem się i zza jego ramienia zobaczyłem czarny worek rozłożony przy barierce oddzielającej przystanek od ulicy. Spod worka wystawały podeszwy ciężkich butów. Na podstawie ich kształtu doszedłem do wniosku, że ofiarą jest kierowca motocykla.
Nagle moją uwagę przyciągnął Cezary, który machał do mnie z drugiej strony ulicy, a kiedy upewnił się, że patrzę na niego, wskazał na busa.
Dużym łukiem obszedłem miejsce wypadku i nie zważając na policję, wlazłem na jezdnię, żeby sprawdzić, o co chodziło Carowi.
Kask.
Przy oponie busa zobaczyłem kask. Był bez przesłony, która widocznie oderwała się w trakcie incydentu i leżała gdzieś pomiędzy resztą plastikowych fragmentów. Na widok białej skorupy z czarnymi esami-floresami zamarłem z przerażenia.
Identycznego „szoja” ma Dawid – pomyślałem.
Dawid od ładnych kilku lat, przy różnych okazjach pojawiał się w naszej nieformalnej, motocyklowej paczce. Najpierw przyjeżdżał styraną życiem Vespą, ale wówczas nie traktowaliśmy go zupełnie poważnie. Rok później śmigał już sto-dwudziestką-piątką i nikt nie zdziwił się, gdy rok temu, w sierpniu, zobaczyliśmy go na czterocylindrowej Hondzie CBF600. Siedmioletnią maszynę po lekkim szlifie odkupił od dalekiego kuzyna, dlatego zapłacił za nią korzystne pieniądze. Motocykl przywrócił do stanu idealnego. Maszyna była zadbana jak żona rosyjskiego milionera, co zapewne ułatwił chłopakowi fakt, że jego ojciec prowadził nowoczesny warsztat samochodowy, połączony z warsztatem blacharskim i lakiernią.
Pamiętałem radość Dawida, kiedy pod koniec ubiegłego sezonu pojechał z nami w pierwszą traskę z Wrocławia w okolice Walimia, gdzie zwyczajowo lataliśmy na pieczonego pstrąga. Premiera sześćsetki wypadła idealnie, wzbudzając ukłucie zazdrości w oczach niektórych starych oblatywaczy ujeżdżających maszyny co prawda mocniejsze, ale rozklekotane i zapuszczone.
Poczułem lekkie uderzenie w bok.
— Dawid ma taką skorupę! – Cezary wrzasnął mi zza pleców.
Popchnąłem go delikatnie, dając mu znak, żeby się odsunął i poszedłem do miejsca, gdzie leżały szczątki zmiażdżonej maszyny. Przednią część motocykla zasłaniał mi radiowóz, ale doskonale widziałem tył. Ukształtowanie siedzenia i światła tuż pod zadupkiem, które akurat były w całości, oraz srebrny kolor pogniecionych elementów potwierdziły moje przypuszczenia.
Obróciłem się do Cezarego i nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa.
— Obawiam się, że to Dawid – powiedziałem w końcu, wciąż sparaliżowany z przerażenia.
Dopiero teraz, z południowo-wschodniej części miasta nadjechała karetka pogotowia.
Znów obszedłem miejsce wypadku dookoła, przeciskając się między ludźmi, którzy powoli zbierali się wokół skrzyżowania, prawdopodobnie zwabieni błyskającymi, niebieskimi i żółtymi światłami. W gęstniejącym mroku z daleka widać było, że dzieje się tu coś niepokojącego.
Stanąłem jak najbliżej ciała przykrytego płachtą czarnej folii, choć nie było to łatwe ze względu na zagradzających drogę policjantów. Kiedy z karetki wyskoczył lekarz i zbliżył się do ofiary, stanąłem na palcach, zagryzając zęby i zaciskając pięści. Napięcie, jakie czułem, kiedy powoli unosił folię, żeby potwierdzić zgon, było nieporównywalne z niczym innym, czego doświadczyłem w życiu.
I wtedy stało się coś, czego nie mogłem nazwać inaczej, jak cud! Ofiarą wypadku z całą pewnością nie był Dawid. Chłopak miał zmasakrowaną prawą część twarzy i pod brodą wyraźną szramę po pasku zabezpieczającym kask, ale byłem pewny, że to nie Dawid. Nawet kombinezon identyczny z tym, jakiego używał nasz kumpel – biało czarny, z niewielkimi czerwonymi wstawkami na ramionach, imitujący trochę kombinezony zawodowych sportowców, nie mógł mnie zmylić. Prawdopodobnie motocykl i ubrania należały do Dawida, ale to nie on był ofiarą.
Nie wiem, dlaczego, ale odetchnąłem. Śmierć anonimowego człowieka nigdy nie robi na nas takiego wrażenia, jak odejście kogoś bliskiego.
Owej sceny nie zapomnę do końca życia. To zaskakujące, że w takich momentach przychodzą do głowy dziwne myśli. W mojej głowie dudniły słowa: „oby nie śniło mi się to w koszmarach”. Sam nie wiem, dlaczego przewijało mi się to w umyśle, jak mantra. Przecież wobec bezmiaru nieszczęścia, do jakiego doszło, moje sny nie miały kompletnie żadnego znaczenia.
Wyraźnie niższy ode mnie i drobniejszy Cezary, nareszcie przebił się przez tłum i dotarł do mnie.
— Dawid?
— Nie.
— Ale…
— Nie, nie, nie… To nie jest Dawid – stwierdziłem z całą stanowczością, na jaką w tamtej chwili było mnie stać. - Ale myślę, że sprzęt był Dawida.
— Może porozmawiamy o tym z którymś z policjantów?
— A po co? Nic ci nie powiedzą.
Pomachałem kumplowi przed nosem kluczykami od samochodu.
— Musimy odnaleźć Dawida i powiedzieć mu, co się wydarzyło.
 

***

 

Nie spodziewaliśmy się, że odnajdziemy Dawida tak szybko, ale okazało się, że był w domu. Na podjeździe do garażu pucował woskiem samochód ojca, podrygując w rytm muzyki z odtwarzacza mp3.
Usłyszawszy, co się stało, natychmiast zapytał:
— Jesteście pewni, że nie było dwóch ofiar?
— Tak – potwierdził Car.
— Raczej tak – powiedziałem. – Nie wydaje mi się, żeby przed naszym przyjściem karetka zabrała kogoś do szpitala. Na pewno usłyszałbym w biurze sygnał ambulansu.
Dawid natychmiast wyjął komórkę i zadzwonił do Aśki, swojej dziewczyny. Upewniwszy się, że jest cała i zdrowa, zaczął mówić:
— Aśka spieszyła się do domu, a ja nie mogłem jej odwieźć, dlatego że musiałem zastąpić w pracy ojca. Ważny klient chciał odebrać samochód z warsztatu o dość nietypowej porze. Takim klientom się nie odmawia. Akurat był u mnie mój kuzyn, Piotrek, który zaproponował, że odwiezie Aśkę. Pożyczyłem mu skorupę i kombinezon i pojechali na moim moto. Wypadek musiał zdarzyć się, kiedy Piotrek wracał tutaj.
Dawid spojrzał na mnie nieobecnym wzrokiem. Jego cera poszarzała i nabrała woskowego wyglądu, jakby był kukłą. Siedział zgarbiony, ze zwieszoną głową. Spod cienkiej koszulki z logo firmy jego ojca przebijały się wystające łopatki.
— Zabiło go to, co kochał. Latał od wielu lat, ale zawsze trzymał się na uboczu. Samotnik… Co ja mam teraz zrobić? – zapytał.
— Trzeba zawiadomić najbliższą rodzinę twojego kuzyna – powiedział Car.
Podniosłem się z fotela.
— Zostańcie tutaj, a ja wrócę na miejsce wypadku i powiadomię policję.
Dawid usiłował znaleźć coś w telefonie komórkowym, ale na nic się to nie zdało. Ręce drżały mu tak bardzo, że nie był w stanie niczego przeczytać. Wyszedłem na dwór, nie mogąc znieść atmosfery śmierci.
Jako były policjant, we krwi miałem działanie. Psycholog był ze mnie raczej mierny. Mimo bólu, którego doświadczył właśnie mój kumpel, nie potrafiłem też użalać się nad nim. Działając mogłem pomóc, siedząc z nim i klepiąc go po ramieniu, wskazywałbym mu tylko drogę do stacji zwanej „depresja”.
Czas wkroczyć do akcji – pomyślałem.
Wskoczyłem do samochodu, zapaliłem papierosa i ruszyłem z powrotem w kierunku ulicy Pomorskiej.

 

Ciąg dalszy nastąpi...

RZUĆ OKIEM NA INNE, CIEKAWE GALERIE:

ARTYKUŁY POWIĄZANE

Gawędy motocyklowe - recenzja

09-02-2012
„Gawędy motocyklowe” to pierwsza książka wydana nakładem, nowego na naszym rynku, Wydawnictwa Motocyklowego. Jest to zbiór opowiadań, choć nie tylko, których wspólnym mianownikiem jest motocykl.
 
 
 
Iga Karst – Noc
06-06-2011
 
 
Motocykle w muzyce
25-03-2011
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms