Gixer ucierpiał w wypadku znacznie bardziej niż jego właściciel. Dwie operacje i sześć tygodni w gipsie, a potem długa rehabilitacja pod okiem pięknej fizjoterapeutki i noga Marka była jak nowa.
Tego samego nie można było powiedzieć o motocyklu, choć Suzuki nie odniosło większych widocznych obrażeń, oprócz kilku niezbyt rzucających się w oczy rys na baku. Na pierwszy rzut oka można było wsiąść i latać. Po wnikliwej lustracji okazało się jednak, że motocykl musiał upaść wyjątkowo nieszczęśliwie, bo rama była przekoszona. Jazda na Gixerze – zwłaszcza w stylu, jaki uprawiał Marek, czyli gaz odkręcony do maksimum i niech się dzieje wola nieba – była jak stąpanie po cienkim lodzie.
Zatem Gixer musiał zostać oddany w czyjeś ręce.
Marek długo pracował w Anglii, żeby zarobić na maszynę marzeń, a teraz moto miało zmienić właściciela. Przed wypadkiem miał go zaledwie tydzień. Dziwne… Mężczyzna wcale nie żałował aż tak bardzo, żeby odczuwać złość czy rozczarowanie. Chyba nie zdążył przywiązać się do niebieskiego ściga.
Dwa i pół miesiąca po nieszczęsnym zdarzeniu Marek przekroczył próg warsztatu Andrzeja. Zakład mieścił się w barakowym garażu w pobliżu ogródków działkowych i koryta rzeki, dlatego panowała w nim przenikliwa wilgoć, która nie służyła ani maszynom, ani narzędziom. Mimo niekorzystnych warunków, Andrzej nigdy z własnej woli nie pozbyłby się garażu. Koszty wynajmu, jakie płacił właścicielowi blaszaka, były znikome. Położenie pracowni sprawiało, że wystarczyło obok podjazdu postawić grilla i męska impreza gotowa. Andrzej mógł bawić się z kumplami do białego rana, nie zakłócając nikomu ciszy nocnej. Co najwyżej przepłoszyli krety z ogródków albo szczury znad rzeki.
Andrzej – jak zwykle przy robocie ubrany w drelichowe spodnie i rozwleczoną, kraciastą koszulę – majstrował przy kierownicy.
Gixer stał nieco z tyłu, na podnośniku, okryty srebrno-szarą płachtą.
– Żeby nie kusiło niepowołanych oczu – wytłumaczył Andrzej, kiedy Marek skrzywił się na widok pokrowca.
Andrzej dorabiał sprzedając używane części motocyklowe, więc do jego warsztatu często zaglądali obcy.
– Za czym teraz będziesz się oglądał? Bo chyba nie masz zamiaru zrezygnować?
– A wyglądam, jakbym miał?
– No… nie. Właśnie, że nie wyglądasz.
– To nie zadawaj durnych pytań.
Odsłonili płachtę. Gixer stał wypolerowany jak spod igły. Nawet łańcuch miał skrupulatnie wyczyszczony i od nowa nasmarowany. Na plastikowych elementach nie było najmniejszego śladu owadzich trupów. Nic, tylko kluczyk w stacyjkę, jedynka i… Nie, nie z takim uszkodzeniem.