Włosy Aśki wciąż pachniały egzotycznym balsamem z masłem kakaowym, którym Marek smarował ją poprzedniej nocy. Zapach idealnie podkreślał arabską urodę kobiety. Pięknej kobiety. Reszta była bez znaczenia; wdawać się z nią w rozmowy – tak czy inaczej – nie zamierzał.
Mężczyzna leniwie obrócił się na drugi bok i otworzył laptopa, którego trzymał na nocnej szafce. W Internecie sprawdził, czy pogoda dopisze. Nawet jeśli motocykle były największą i jedyną miłością jego życia, to nie miał zamiaru po pracy przedzierać się przez miasto w strugach deszczu. Mimochodem spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma. Praca wzywała.
– Za dwadzieścia minut muszę być w robocie – nie siląc się na zbędne sentymenty, bez najmniejszej czułości obudził Aśkę, potrząsając ją za ramię.
Liczył, że dziewczyna zrozumie i nie będzie musiał się tłumaczyć, dlaczego nie serwuje jej śniadania do łóżka. Zrozumiała. Ubrała się i kilka chwil później stali przed garażem.
– Nie odwieziesz mnie? – zapytała rozczarowanym głosem.
– Nie mam samochodu.
Mierzył ją przenikliwym wzrokiem aż się zawstydziła.
– W takim ubraniu nie jeździ się na motocyklu.
– No, ale… – zawahała się. – Kask możesz mi pożyczyć. Masz kilka, jakiś na pewno będzie pasował. Do tego założę twoją starą kurtkę. Dam radę, zobaczysz.
Czekając na odpowiedź, otworzyła szeroko oczy. Dzisiaj wydały mu się szare i bez wyrazu. Dziwne… Dałby głowę, że wczoraj miały kolor wyrazisty i szalenie pociągający.
– A jak ja te wszystkie łachy później zabiorę?
– Nie musisz zabierać, kochanie – poczuł jej dotyk na plecach. Przesuwała ręką od łopatek w dół kręgosłupa.
Powstrzymał ją.
– Wieczorem podrzucę ci sama...
Zamarł, ale tylko na ułamek sekundy. „Tego tylko by brakowało!” – pomyślał.
– Innym razem – fuknął. – Spieszę się do pracy.
***
– Gdzie jest Marek? – Sylwek rozejrzał się po zadymionym pubie. Dopiero dochodziła północ, ale dla niektórych obecnych impreza dobiegła już końca. Jedni spali porozkładani na narożnikach, nie robiąc sobie nic z panującego hałasu, inni zbierali się do wyjścia, polskim zwyczajem żegnając się w nieskończoność.
Jeszcze przed chwilą Sylwek widział, jak przy sąsiednim stoliku Kaśka żywo szczebiotała z Markiem. Nic nie wskazywało na to, żeby była zmęczona. Nie powiedziała też Sylwkowi, że wraca do domu. Jednego był pewien – zniknęła, a Marek razem z nią. Jego uwagę zwróciły też dwie opróżnione szklanki z rozmamłanymi plastrami pomarańczy i nadgryzionymi rurkami.
– Marek wyszedł z Kaśką – stwierdził Zychu.
– Z tą w kręconych włosach?
– No, raczej…. Innej Kaśki tu nie było.
– Dawno temu wyszli?
– Ej, stary, o co biega?
– Wczoraj zabrał do domu Aśkę.
– Co z tego? Marka nie znasz?
– Właśnie znam.
– Wszyscy wiemy, jakie on ma podejście do panienek – mruknął Zychu w konspiracyjnym tonie.
– To mnie martwi.
– Niepotrzebnie. One same się o to proszą. Zobaczą motor…
– Motocykl – wtrącił Sebek.
– A co to za różnica! – machnął ręką Zychu. – Zobaczą motocykl i lecą do takiego jak pszczoły do miodu.
Sylwek już nie słuchał. Schował telefon do kieszeni i narzucił kurtkę. Na odchodne powiedział:
– Mam gdzieś panienki Marka. Ale Kaśka to moja kuzynka. Nie będzie się nią bawił.
***
Marek z namaszczeniem pogładził niebieski bak motocykla. Nareszcie litrowe Suzuki było jego i tylko jego. Taka maszyna nigdy nie zawodzi – jest jak matka. Ma kształty z marzeń niczym kochanka, a do tego nigdy nie marudzi, czego nie można powiedzieć o żonie. Na szczęście, tą ostatnią Marek nie musiał się martwić, bowiem żadna kobieta jeszcze go nie usidliła. Od tygodnia jego matką, żoną i kochanką był „Gixer” w klasycznym, biało-niebieskim malowaniu.
– Prawie nówka – stwierdził Andrzej. – Znośny przebieg, żadnego szlifa…
Andrzej był sporo przed czterdziestką, ale wyglądał znacznie poważniej. Tęga budowa, spory brzuch i piracka broda dodawały mu lat. Przysadzista sylwetka sprawiała, że nie był już tak sprawny, jak kilka lat wcześniej. Podziwiając nowy nabytek kumpla, jakby całkiem o tym zapomniał, bo wyginał się przy maszynie jak rosyjska baletnica.
– Doskonały – nie odrywał oczu od „Gixera”. Sportowa maszyna budziła pożądanie. Olśniewająco prezentowała się nawet na tle sterty gratów w ciemnym garażu. – Ile zabuliłeś?
– Rok harówy na budowach w Anglii.
– Gdybym, tak jak ty, żył sam i nie miał rodziny na utrzymaniu, też byłoby mnie na taki stać. Przy Olce i dzieciakach o nowszym motocyklu mogę tylko pomarzyć.
Telefon Marka oznajmił nadejście wiadomości.
– Muszę lecieć – oznajmił po odczytaniu SMS-a.
Andrzej ożywił się.
– Jakaś nowa dupa? – zapytał.
– Jeszcze nie, ale pracuję nad tym. Właśnie do niej jadę.
„Gixer” dostojnie wytoczył się na jezdnię. Marek odkręcił gaz i motocykl pomknął w ciemność, ku pomarańczowym światłom miasta.
Nagle mężczyzna poczuł szarpnięcie. Zgrzyt i silne przeciążenie rzucające nim o asfalt. A potem była już tylko ciemność… Głucha ciemność.
"infantylny"- najmądrzejsze słowo w tekście. Poza tym nie posiłek a cały tekst "osiągnął poziom wprost z tandetnej z komedii romantycznej" i przebija się głębiej w kierunku dna. Fantazje autorki przelane na papier... A motyw "nosił wilk razy kilka, ponieśli i wilka" (z szanowną postacią Marka) chybe nie jest przesadnie oryginalny?