załóż konto nie pamiętam hasła
wyszukiwanie zaawansowane

NA KAŻDY TEMAT

Zientara okiem: Nie bój się bać

Włodzimierz Zientarski
27-11-2009, 21:40
OCEŃ ARTYKUŁ Zientara okiem: Nie bój się bać kliknij i przesuń wskaźnik
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski
Włodzimierz Zintarski

Każde miasto czy wieś mają swoje nazwy. Wszystkie ulice mają swoje nazwy, a domy numery, by można było do nich trafić. W ten sposób ludzie oznaczają swoje miejsce na ziemi – gdzie pracują, robią zakupy, mieszkają. Ta nasza organizatorska twórczość nie lubi nieporządku. Pomysły co do nazw muszą być zatwierdzane przez władze. Te albo się zgadzają, albo nie. Każdy znak, plansza czy reklama informujące, by stanąć przy drodze, muszą mieć akceptację władz.

 

Od pewnego czasu jednak pojawiają się przy drogach znaki, których władze nie odważają się usunąć. Stało się to wtedy, gdy motoryzacja przestała być elitarną zabawą dla najbogatszych, a stała się czymś normalnym, codziennym, niezbędnym; zaczęła być także czymś bardzo niebezpiecznym. Zaczęła zabijać. Drogi, które wraz ze zwiększeniem się liczby pojazdów stawały się coraz wygodniejsze i docierały do najodleglejszych miejsc, pozwalając zwiedzać świat, przestały być tylko zjawiskiem pożytecznym i przyjemnym. Drogi stały się świadkami, a często również przyczyną zdarzeń, które niosą tragedię. Na drogach giną ludzie. Każda śmierć dla najbliższych jest całkowitą odmianą życia. Ci, którzy odeszli, zostawiają po sobie pamięć, a najbliżsi tę pamięć chcą zachować jak najdłużej. Na drogach więc, tam gdzie odeszło jakieś ludzkie życie, pojawiają się nowe nazwy. Stawiają je najbliżsi, upamiętniając imionami, a często też nazwiskami czy datą to, co się zdarzyło. I to są nowe nazwy naszych ulic. Pojawiają się krzyże, tablice, znicze i ulice powoli stają się symbolicznymi grobami. Kiedyś władza chciała z tym walczyć, ale w końcu przestała. Bo kto odważy się walczyć ze śmiercią, która zostaje w ludzkiej pamięci i z czymś innym, nieuchwytnym? Jak kiedyś urzędnicy próbowali wprowadzić świeckie chrzty, tak w pewnym momencie zaczęli również stawiać w miejscach śmierci swoje znaki, w sposób urzędowy pokazujące miejsca najtragiczniejsze. Ale kto dziś pamięta słynne czarne punkty na drogach i wraki samochodów ustawiane jak rzeźby-przestrogi albo informacje, że tu i tu zginęło tyle i tyle osób? Powiedzmy sobie szczerze, kto z nas jeszcze reaguje na te wiadomości? Nie wiem jak wy, ale ja już nie. Jednak przydrożny, stawiany przez rodzinę krzyż, często z imieniem tego, który zginął, zawsze robi na mnie wrażenie. Bywa, że się przy nim zatrzymuję i czytam. Próbuję odtworzyć tamten moment. Patrzę na układ drogi, wyobrażam sobie ostatnie chwile, analizuję z punktu widzenia kierowcy to, co doprowadziło do tragedii. Tamte wielkie tablice informacyjne mówiące o niebezpieczeństwie, stawiane przez władze są potrzebne, ale do serca, do mnie, do mojej wyobraźni trafiają tylko te pojedyncze krzyże. W Warszawie znam prawie wszystkie imiona tych, którzy zginęli. Wiem gdzie zginął Maciek, Paweł, Renata, wiem ile mieli lat. Zazwyczaj króciutko się za nich modlę. To taki odruch serca, który przejąłem od mojego ojca, który przed każdym przydrożnym krzyżem zdejmował kapelusz. Ale kiedy jadę w dłuższą drogę, np. z Warszawy do Białegostoku, taka modlitwa staje się prawie niemożliwa. Liczba krzyży, a więc miejsc, w których zginęli ludzie, jest tak wielka, że droga z Warszawy do Białegostoku, a także pomiędzy innymi miastami stała się jedną, bezustanną modlitwą.


Czasami pojawiają się zdjęcia tych, którzy zginęli. Twarze uśmiechnięte, ufne bardzo zapadają w pamięć, ale potrafią też doprowadzić do swego rodzaju drogowej depresji. Powiem Wam coś, co Was może zdziwi. Życzę Wam tej depresji, żebyście tego momentu przygnębienia, widząc przydrożny krzyż, świadczący o czyjejś śmierci, nie wyrzucali z siebie. Ja wiem, że to dyskomfort, ale ten przydrożny krzyż jest także po to, byśmy jazdy po polskich drogach nie traktowali wyłącznie jako zabawę albo miejsce pracy. Przestraszcie się choć trochę. Nie zabijajcie swojej wyobraźni, a wprost przeciwnie – uruchomcie ją. Jeśli nie wierzycie w Boga, nie namawiam Was do modlitwy, ale do zastanowienia się przy każdym takim krzyżu, czy przypadkiem nie jest to Wasz krzyż, Wasze miejsce, które upamiętni ktoś z Waszych bliskich. Być może przejeżdżając obok tego, dziś wymyślonego Waszego krzyża, obcy Wam dziś człowiek zatrzyma się i powie: „Patrz jaki fajny, jaki młody, ale jaki głupi – dał się zabić”. I będzie to wasze ostatnie miejsce w życiu, w którym byliście.


Wiele, wiele lat temu, kiedy motoryzacja w Polsce była bez korkowa i dużo wolniejsza niż dziś, jadąc swoją WSK-ą z oszałamiającą prędkością 70 km/h – bo tylko tyle mogła – widziałem wypadek. W starym Saabie, jeszcze tym z silnikiem V4 od Forda, zginęło dwoje młodych ludzi. Wjechał w nich motocyklista na Junaku. Czołowo. Saab wylądował na drzewie, które było całe zalane krwią. Nie było wtedy pasów ani poduszek powietrznych. Pamiętam, że jadąc dalej do Lublina, szybkość 60 km/h wydawała się przerażająca. Tak działa wyobraźnia. Jak długo? Powiem Wam szczerze – na mnie działa do dziś. Wtedy, gdy miałem 20 lat, potem 40, 50 i więcej, myślę, że warto się trochę bać. Kiedyś Sobiesław Zasada, oceniając młodych kierowców pod kątem ich przyszłej rajdowej kariery, powiedział mi: „Jeździsz świetnie, ale nigdy nie będzie z ciebie mistrza, bo wchodząc w zakręt, nie myślisz o tym jak go pokonać mądrze, tylko widzisz co będzie jak pokonasz go głupio i wylądujesz w szpitalu”. Zimna, mądra, wyważona kalkulacja potrzebna jest w sporcie, żeby dotknąć, ale nigdy nie przekroczyć granicy. Na co dzień czym dalej od tej granicy, tym dla nas wszystkich lepiej. Dlaczego nigdy nie miałem poważnego wypadku? Może zawsze za bardzo się bałem i się tego nie wstydzę.

 

Komentarze użytkowników
(4)
01-12-2009 14:00
~Pietrucha
Im jestem starszy i im dluzej jezdze, lampka kontrolna z napisem “Zwolnij, bo co tak pedzisz?” zapala mi sie przy coraz nizszych predkosciach. Zaznaczam, ze nie jezdze niczym stary dziadek i lubie sobie od czasu do czasu odkrecic, bo w koncu nikt nie jest swiety. jednak staram sie nie przeginac i dzieki temu w przeciagu minionego sezonu nie mialem tzw. sytuacji podbramkowych w ktorych zwieracze mocno mi sie zacisnely. Tymczasem krzyzy znow przybylo w tym sezonie. Nie mozna generalizowac, ale zapewne wielu bylo takich ktorym lapka kontrolna zapalala sie dopiero przy znacznych predkosciach, lub w ogole i w koncu bylo za pozno. Przede mna kolejny sezon, podczas gdy oni zakonczyli kariere na zawsze. Tylko krzyze i rozbite maszyny po nich zostaly. Dodam jeszcze ze najwazniejsze to nie dac sie podpuscic. Osobiscie caly czas z tym walcze wewnetrznie i przyznaje ze czasami angazuje sie niepotrzebnie w drogowe podchodzy. Jednak opamietanie bardzo szybko mi przychodzi. Na szczescie.

Pozdrawiam

Pietrucha
30-11-2009 23:31
Izka
Ja już jakiś czas temu zmieniłam swój słownik. Bo teraz koledzy wyśmieją, ale śmiech jest lepszy niż płacz na pogrzebie i żal po fakcie. Dopóki panuję nad moim życiem, dopóty przejadę przez nie wolniej, ale do końca. A inni niech jeżdżą, jak chcą.
30-11-2009 16:06
Grzesiek
pszym, dzięki za komentarz. Jest bardzo wartościowy i reprezentuje właściwe podejście. Oby więcej takich wypowiedzi.

Fajnie, że się udzielasz. Mamy dla Ciebie mały upominek za aktywność - płytkę DVD z Red Bull X-Fighters Super Session. :) Skrobnij mi PW z danymi do wysyłki :)
30-11-2009 12:51
pszym
Takie krzyże działają przez 10 minut. Potem nasi wspaniali kierowcy transformują swoje rozpadające się Ople kadety i Jetty w bolidy F1, a ich mózgi dopada adrenalina, którą przetwarzają prawie jak Vale Rossi ( prawie robi wielką różnicę ) i dalej hajda na świętokrzyskie, lubuskie, podkarpackie drogi...

Ostatnio na pewnym profesjonalnym forum motocyklowym, którego mam zaszczyt być członkiem opisano wycieczkę "żółtodziobów"... Wycieczka podobno skończyła się szybciej niż zaczęła, bo kolesie na czele jak wyrwali to tyle ich widziano... To znaczy widziano - jak jeden z uczestników zaliczył glebę, to się skapowali po 20 kilometrach że kogoś brakuje...

Po co to piszę?

Po to, aby zastąpić w słowniku zwroty - uda się, ale będzie wstyd, nie wymiękam, przecież się nie skompromituję, dam radę, muszę, nie zbłaźnię się, co oni o mnie powiedzą itp.

zwrotami:

Nie muszę z Tobą jechać, nie muszę jechać z taką prędkością, nie dam się podpuszczać, to nic, że inni się będą śmiać - to moje życie, zamiast uda się - przeanalizuje tą sytuację.
Zamiast szybko - ostrożnie. Zamiast podziw kolegów - czekająca w domu matka, żona, córka ( wybierz co chcesz )...

Zamiast lans - życie i zdrowie...


Dzięki Panie Zientarski za ten tekst, bo jak ja się przyznaję że się boję to się ze mnie śmieją. Jednak jak Pan się do tego przyznaje, to powinni szanować.

RZUĆ OKIEM NA INNE, CIEKAWE GALERIE:

ARTYKUŁY POWIĄZANE

Trening na lotnisku. Kwestia zapachu, to kwestia podejścia

wczoraj
Sytuacji dotyczącej torów w naszym kraju chyba nie trzeba nikomu za bardzo naświetlać; wystarczy powiedzieć, że jest bardzo źle. Mamy jeden obiekt, który kwalifikuje się do wyścigów jakichkolwiek, choć nazwanie go obiektem o światowym standardzie byłoby daleko posuniętym nadużyciem semantycznym, do tego dostęp do niego dla przeciętnego motocyklisty jest tak samo prosty jak do garderoby Dody.
 
 
 
 
 
NEWSLETTER

Podaj swój adres e-mail

 
 
ANKIETA
Rzetelnych informacji szukam:
w polskim portalu
w zagraniczym portalu
w polskim miesięczniku
w zagranicznym miesięczniku
na nalepkach na samochodach




PATRONAT

1/3
« »

PARTNERZY

1/9
« »
Subskrybuj RSS
Copyright © 2006-2012: MOTOGEN.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Wydawcą portalu internetowego MOTOGEN.PL jest Liberty Motors Sp. z o.o. (Wydawca) z siedzibą w Łodzi, ul. Dąbrowskiego 207/225, 93-231 Łódź. Wszelkie prawa do treści, elementów tekstowych, graficznych, zdjęć, aplikacji i baz danych są zastrzeżone na rzecz Wydawcy lub odpowiednio na MOTOGEN.PL.
partner technologiczny:
cms