Każde miasto czy wieś mają swoje nazwy. Wszystkie ulice mają swoje nazwy, a domy numery, by można było do nich trafić. W ten sposób ludzie oznaczają swoje miejsce na ziemi – gdzie pracują, robią zakupy, mieszkają. Ta nasza organizatorska twórczość nie lubi nieporządku. Pomysły co do nazw muszą być zatwierdzane przez władze. Te albo się zgadzają, albo nie. Każdy znak, plansza czy reklama informujące, by stanąć przy drodze, muszą mieć akceptację władz.
Od pewnego czasu jednak pojawiają się przy drogach znaki, których władze nie odważają się usunąć. Stało się to wtedy, gdy motoryzacja przestała być elitarną zabawą dla najbogatszych, a stała się czymś normalnym, codziennym, niezbędnym; zaczęła być także czymś bardzo niebezpiecznym. Zaczęła zabijać. Drogi, które wraz ze zwiększeniem się liczby pojazdów stawały się coraz wygodniejsze i docierały do najodleglejszych miejsc, pozwalając zwiedzać świat, przestały być tylko zjawiskiem pożytecznym i przyjemnym. Drogi stały się świadkami, a często również przyczyną zdarzeń, które niosą tragedię. Na drogach giną ludzie. Każda śmierć dla najbliższych jest całkowitą odmianą życia. Ci, którzy odeszli, zostawiają po sobie pamięć, a najbliżsi tę pamięć chcą zachować jak najdłużej. Na drogach więc, tam gdzie odeszło jakieś ludzkie życie, pojawiają się nowe nazwy. Stawiają je najbliżsi, upamiętniając imionami, a często też nazwiskami czy datą to, co się zdarzyło. I to są nowe nazwy naszych ulic. Pojawiają się krzyże, tablice, znicze i ulice powoli stają się symbolicznymi grobami. Kiedyś władza chciała z tym walczyć, ale w końcu przestała. Bo kto odważy się walczyć ze śmiercią, która zostaje w ludzkiej pamięci i z czymś innym, nieuchwytnym? Jak kiedyś urzędnicy próbowali wprowadzić świeckie chrzty, tak w pewnym momencie zaczęli również stawiać w miejscach śmierci swoje znaki, w sposób urzędowy pokazujące miejsca najtragiczniejsze. Ale kto dziś pamięta słynne czarne punkty na drogach i wraki samochodów ustawiane jak rzeźby-przestrogi albo informacje, że tu i tu zginęło tyle i tyle osób? Powiedzmy sobie szczerze, kto z nas jeszcze reaguje na te wiadomości? Nie wiem jak wy, ale ja już nie. Jednak przydrożny, stawiany przez rodzinę krzyż, często z imieniem tego, który zginął, zawsze robi na mnie wrażenie. Bywa, że się przy nim zatrzymuję i czytam. Próbuję odtworzyć tamten moment. Patrzę na układ drogi, wyobrażam sobie ostatnie chwile, analizuję z punktu widzenia kierowcy to, co doprowadziło do tragedii. Tamte wielkie tablice informacyjne mówiące o niebezpieczeństwie, stawiane przez władze są potrzebne, ale do serca, do mnie, do mojej wyobraźni trafiają tylko te pojedyncze krzyże. W Warszawie znam prawie wszystkie imiona tych, którzy zginęli. Wiem gdzie zginął Maciek, Paweł, Renata, wiem ile mieli lat. Zazwyczaj króciutko się za nich modlę. To taki odruch serca, który przejąłem od mojego ojca, który przed każdym przydrożnym krzyżem zdejmował kapelusz. Ale kiedy jadę w dłuższą drogę, np. z Warszawy do Białegostoku, taka modlitwa staje się prawie niemożliwa. Liczba krzyży, a więc miejsc, w których zginęli ludzie, jest tak wielka, że droga z Warszawy do Białegostoku, a także pomiędzy innymi miastami stała się jedną, bezustanną modlitwą.
Czasami pojawiają się zdjęcia tych, którzy zginęli. Twarze uśmiechnięte, ufne bardzo zapadają w pamięć, ale potrafią też doprowadzić do swego rodzaju drogowej depresji. Powiem Wam coś, co Was może zdziwi. Życzę Wam tej depresji, żebyście tego momentu przygnębienia, widząc przydrożny krzyż, świadczący o czyjejś śmierci, nie wyrzucali z siebie. Ja wiem, że to dyskomfort, ale ten przydrożny krzyż jest także po to, byśmy jazdy po polskich drogach nie traktowali wyłącznie jako zabawę albo miejsce pracy. Przestraszcie się choć trochę. Nie zabijajcie swojej wyobraźni, a wprost przeciwnie – uruchomcie ją. Jeśli nie wierzycie w Boga, nie namawiam Was do modlitwy, ale do zastanowienia się przy każdym takim krzyżu, czy przypadkiem nie jest to Wasz krzyż, Wasze miejsce, które upamiętni ktoś z Waszych bliskich. Być może przejeżdżając obok tego, dziś wymyślonego Waszego krzyża, obcy Wam dziś człowiek zatrzyma się i powie: „Patrz jaki fajny, jaki młody, ale jaki głupi – dał się zabić”. I będzie to wasze ostatnie miejsce w życiu, w którym byliście.
Wiele, wiele lat temu, kiedy motoryzacja w Polsce była bez korkowa i dużo wolniejsza niż dziś, jadąc swoją WSK-ą z oszałamiającą prędkością 70 km/h – bo tylko tyle mogła – widziałem wypadek. W starym Saabie, jeszcze tym z silnikiem V4 od Forda, zginęło dwoje młodych ludzi. Wjechał w nich motocyklista na Junaku. Czołowo. Saab wylądował na drzewie, które było całe zalane krwią. Nie było wtedy pasów ani poduszek powietrznych. Pamiętam, że jadąc dalej do Lublina, szybkość 60 km/h wydawała się przerażająca. Tak działa wyobraźnia. Jak długo? Powiem Wam szczerze – na mnie działa do dziś. Wtedy, gdy miałem 20 lat, potem 40, 50 i więcej, myślę, że warto się trochę bać. Kiedyś Sobiesław Zasada, oceniając młodych kierowców pod kątem ich przyszłej rajdowej kariery, powiedział mi: „Jeździsz świetnie, ale nigdy nie będzie z ciebie mistrza, bo wchodząc w zakręt, nie myślisz o tym jak go pokonać mądrze, tylko widzisz co będzie jak pokonasz go głupio i wylądujesz w szpitalu”. Zimna, mądra, wyważona kalkulacja potrzebna jest w sporcie, żeby dotknąć, ale nigdy nie przekroczyć granicy. Na co dzień czym dalej od tej granicy, tym dla nas wszystkich lepiej. Dlaczego nigdy nie miałem poważnego wypadku? Może zawsze za bardzo się bałem i się tego nie wstydzę.
Pozdrawiam
Pietrucha
Fajnie, że się udzielasz. Mamy dla Ciebie mały upominek za aktywność - płytkę DVD z Red Bull X-Fighters Super Session. :) Skrobnij mi PW z danymi do wysyłki :)
Ostatnio na pewnym profesjonalnym forum motocyklowym, którego mam zaszczyt być członkiem opisano wycieczkę "żółtodziobów"... Wycieczka podobno skończyła się szybciej niż zaczęła, bo kolesie na czele jak wyrwali to tyle ich widziano... To znaczy widziano - jak jeden z uczestników zaliczył glebę, to się skapowali po 20 kilometrach że kogoś brakuje...
Po co to piszę?
Po to, aby zastąpić w słowniku zwroty - uda się, ale będzie wstyd, nie wymiękam, przecież się nie skompromituję, dam radę, muszę, nie zbłaźnię się, co oni o mnie powiedzą itp.
zwrotami:
Nie muszę z Tobą jechać, nie muszę jechać z taką prędkością, nie dam się podpuszczać, to nic, że inni się będą śmiać - to moje życie, zamiast uda się - przeanalizuje tą sytuację.
Zamiast szybko - ostrożnie. Zamiast podziw kolegów - czekająca w domu matka, żona, córka ( wybierz co chcesz )...
Zamiast lans - życie i zdrowie...
Dzięki Panie Zientarski za ten tekst, bo jak ja się przyznaję że się boję to się ze mnie śmieją. Jednak jak Pan się do tego przyznaje, to powinni szanować.