Słoneczny poranek niekoniecznie musi oznaczać, że reszta dnia także będzie pogodna, zwłaszcza w Szkocji. Weekendy to czas, kiedy wyjeżdzałem moją „hondziurą” na przetarcie szlaków, ale w ten mogło być inaczej.
W końcu dziś Wielka Sobota. Ten dzień kojarzy się przecież z rodzinnymi spotkaniami, świątecznym nastrojem i niepotrzebnymi dyskusjami przy stole. Na moje szczęście mam naprawdę zajefajną żonę, która nie protestuje w ważnych dla mnie momentach, takich jak ten.
Gdy szedłem na święcenie jaj zadzwonił telefon. To kumpel, Polak, z którym od dłuższego czasu próbowaliśmy się „ustawić na motorki”, ale do tej pory nigdy nie udało się nam zgrać w czasie. Umówiliśmy się na czternastą pod siedzibą lokalnego dilera Hondy. Dokładnie o godzinie zero stanąłem w słoneczku obok umówionego miejsca, parkując w rzędzie innych motocykli. Po kilku minutach cierpliwego czekania, z za zakrętu wyłoniła się czarna GSXR 1000 K6, na czarnych kołach, w czarnych plastikach i z czarną nakładką na reflektorze, sprawiającą wrażenie, jakby światło drogowe było czerwone. Jego sportowa „puszka”, plus dwie sportowe w mojej „hondziurze” zapowiadały znakomitą zabawę. Pogadaliśmy chwilę i ustaliliśmy z grubsza plan lotu. Na początku motorway, potem ciekawsze, lokalne drogi w dobrym stanie.
Już na samym początku wymieniliśmy pierwsze pozdrowienia z załadowaną do granic możliwości, niczym syryjski „isiak” (czyli osioł), Hayabusą. Piotrek prowadził i nie pozwolił mi się nudzić. Od razu narzucił wysokie tempo, z przeciskaniem się pomiędzy autami. Cały czas kontrola lusterek i przodu. Zrobiło się całkiem przyjemnie. W Dumbarton zaliczyliśmy tankowanie maszynek do pełna i ruszyliśmy dalej w drogę. W tym rejonie panuje niepisana zasada, że jeśli człowiek nie uzupełni płynów na pierwszej napotkanej stacji, później może być z tym krucho. Odległości pomiędzy stacjami benzynowymi są tak duże, że nikt z „motorcyclistow” nie ryzykuje, tankując wszędzie, gdzie tylko się da.
Ruch był spory na większej części tego odcinka. Można powiedzieć, że narastał falowo. Przy wyjeździe z miasteczka, na światłach, udało mi się przecisnąć na pierwszą pozycję. Piter został z tyłu. Ruszam. Przed nami dwupasmówka i niewielki ruch. Obserwuję tył, ale Suzuki GSX-R 1000 K6 od dawna nie widać. Po chwili jest, w dali majaczy jej przednie, czerwone światło. Idzie grubo. Ciągle jeszcze czekam. Kiedy jest już blisko, otwieram na maksa. Mało skutecznie. Poprawiam o trzy biegi niżej i sypię z garści w pełne otwarcie przepustnic. Kiedy gixer przelatuje obok niczym myśliwiec, błyskawicznie nabieram prędkości. Po krótkiej chwili znowu siedzę na jego ogonie. Na rondzie kolejka wolno jadących aut. Idziemy niewiele szybciej środkiem między nimi i dziękujemy uprzejmie tym, którzy ustępują nam miejsca.
Jest przyjemnie, słońce świeci, a widoki nie pozwalają się nudzić. Jedziemy na północ. Droga zapowiada się nieźle - bardzo kręte i wąskie odcinki. Gdzieniegdzie woda na asfalcie, potoczkami spływająca z gór. Jedziemy z szeroko otwartymi przepustnicami, na niskich biegach, po to tylko, aby na krótkich prostych wyprzedzać po jednym aucie. Dajemy radę. Piotrek cały czas prowadzi i narzuca tempo. I jest szybki. Po chwili wpadam na pomysł, że teraz moja kolej. Na jednym z dłuższych szybkich lewych, w który Piter wszedł trochę wolniej, łyknąłem go zdecydowanie na pełnym otwarciu. Od teraz ja gram mu swoją mantrę. Cały czas panuje spokój, nikt z nikim nie rywalizuje. Po prostu teraz moja kolej. Utrzymuję to samo tempo co on, z tą różnicą, że jadę z przodu.
Mini dialog z końca tekstu jakby żywcem wyjęty z pompatycznego i durnowatego amerykańskiego filmu :)
Do autora - leszczu jesteś, skoro tak się dałeś wybzykać kolesiowi na turystyku i do tego jeszcze z pasażerką, a Ty na sporcie jechałeś :P
ale nie.. bo tu trzeba się popisać... sprawdzić silniki, hamulce i opony.. a wiesz co to kurwa jest tor? gówno jesteś a nie kumpel.