Tour de Pologne to kolarska impreza, ale nawet tu motocykle i motocykliści są obecni. Co więcej, pełnią bardzo ważną rolę, bo bez ich pomocy ciężko byłoby sprawnie przeprowadzić wyścig. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Andrzejem Terleckim z salonu SSP Yamaha Gdynia, który już od kilku lat uczestniczy w Tour de Pologne jako marszal motocyklowy i zgodził się opowiedzieć Wam, jak naprawdę wygląda praca motocyklisty na takiej imprezie, czyli Tour de Pologne od motocyklowej strony.
MOTOGEN.PL: Jak długo jesteście związani z Tour de Pologne?
Andrzej Terlecki: SSP Yamaha Gdynia i Tour de Pologne są razem o 2004 roku, czyli był to dla nas już szósty wyścig. Poprzednio przy organizacji wyścigu pomagała Yamaha Polska. Ówczesny szef, Robert Domański, dał nam kontakt do Czesia Langa i tak jakoś zostało. Nasza współpraca układa się bardzo dobrze i obie strony są z niej zadowolone. Organizator w tym roku powiedział nawet, że nie wyobraża sobie tej imprezy bez nas. Poza tym dostaliśmy najwyższe noty od międzynarodowych sędziów!
MOTOGEN.PL: Patrząc na Tour de Pologne, widzimy przede wszystkim kolarzy. Jednak w relacjach często pokazują się motocykle jadące przed lub za peletonem. Na czym więc dokładnie polega praca marszala motocyklowego?
A.T.: W tym roku podczas Tour de Pologne jechało piętnaście motocykli. Są one podzielone na grupy. Najsłynniejsi z nich to właśnie marszale. Ich praca polega na jeździe tuż przed wyścigiem i „czyszczeniu” trasy; zabezpieczają niebezpieczne miejsca na jezdni: wysepki, ronda czy skrzyżowania, których nie chronią władze lokalne itd. Zdarzają się też niespodziewane sytuacje. Zawsze trzeba o tym pamiętać. Na przykład jakiś tir zepsuje się na środku drogi, jakiś kierowca jest nie do końca zdyscyplinowany i wyjedzie na ulicę tuż przed kolarzami... Wtedy właśnie wkraczają marszale. Muszą sobie oni poradzić w takiej sytuacji i zabezpieczyć trasę. Wyposażeni są we flagi, gwizdki, którymi ostrzegają kolarzy. Marszal staje przed takim niebezpiecznym miejscem i pokazuje peletonowi kierunek ruchu l
ub ostrzega przed zagrożeniem.
"...ich praca polega na jeździe tuż przed wyścigiem i »czyszczeniu« trasy..."
Druga grupa składa się z pięciu motocykli, które wożą sędziów. Oni działają wewnątrz peletonu. Są sędziowie, którzy łapią np. czas ucieczki. Jest też jeden sędzia, tzw. radio tour, znajdujący się cały czas na czele wyścigu. On dyryguje całą kolumną wyścigową. Kolejny z sędziów jedzie z tyłu, za wyścigiem. On pilnuje, np. przy defektach, żeby ekipy serwisowe nie podciągały kolarzy.
Są też trzy motocykle przewożące osoby związane z mediami. Zwykle są to fotoreporterzy. Dodatkowe dwa jednoślady pozostają do dyspozycji Lang Teamu, czyli organizatora wyścigu. Te maszyny są bardziej reprezentacyjne; zwykle wozimy na nich VIP-ów. Jeżeli jednak akurat jest brzydka pogoda i brakuje chętnych do przejażdżki bądź maszyny z innych powodów są wolne, włączają się one do ekipy marszali. W tym roku jechałem na jednym z tych motocykli i koordynowałem pracę wszystkich marszali.
MOTOGEN.PL: Wiemy już od czego są poszczególni marszale, jednak jak ich od siebie odróżnić, patrząc np. na relację w telewizji?
A.T.: Marszale są oznaczeni kolorami. Żółci to właśnie ci marszale dbający o zabezpieczenie wyścigu. Czerwone motocykle i kurtki to kierowcy wiozący sędziów. Niebieski kolor zarezerwowany jest dla mediów i w końcu szare to maszyny przeznaczone dla Lang Teamu.
Każdy z motocyklistów jadących w tym roku miał motocykl oraz odzież pod kolor pełnionej funkcji. Wyposażyliśmy ich w kurtki Wintexa, takie same rękawice i kaski Schubertha. Musimy przecież też dobrze wyglądać i czuć się bezpiecznie.
MOTOGEN.PL: Skoro jesteśmy przy koordynacji pracy, to proszę mi powiedzieć, jak marszale porozumiewają się między sobą podczas wyścigu?
A.T.: Póki co komunikujemy się za pomocą telefonów lub krótkofalówek. Ja dostaję informację od Leszka Piaseckiego z Lang Teamu, który zawsze jedzie przed peletonem i wyszukuje różnych niespodzianek na drodze w postaci nowej dziury itp. Potem „dzwonię” do pozostałych marszali i przydzielam im konkretne zadania, związane z zabezpieczeniem trasy.
MOTOGEN.PL: Kiedy patrzy się na relacje z wyścigu w telewizji, Wasza praca wygląda na łatwą i przyjemną. W rzeczywistości, zdaje się, jest jednak zupełnie inaczej.
A.T.: Pracy jest bardzo dużo. My po etapie, jak zjeżdżamy do hotelu, marzymy tylko o kolacji i ciepłym łóżku. Jest to wyjątkowo wyczerpujące. Ludzie myślą, że co to za jazda – 40 km/h, ale nie do końca tak jest. Każdy z nas musi być cały czas skupiony. Poza tym bywają takie momenty, jak podczas tegorocznego Tour de Pologne, kiedy kolarze jechali 115 km/h.
MOTOGEN.PL: Jak więc tak naprawdę wygląda dzień marszala motocyklowego?
A.T.: Można powiedzieć, że w tym roku było właściwie luźno. Etapy zaczynały się dopiero około godziny 13:00 lub 15:00, a w latach poprzednich wstawaliśmy około godziny 8:00. O 10:00 (zawsze na godzinę przed planowanym rozpoczęciem etapu) byliśmy już na starcie. Potem odbywa się odprawa z sędziami oraz Leszkiem Piaseckim, podczas której dokładnie omawiamy etap. Każdy z żółtych marszali, czyli tych „czyszczących” trasę, dostaje bardzo szczegółowy opis odcinka z wyszczególnionymi właściwie co do metra niebezpiecznymi miejscami. Oni dzielą się między sobą działaniami tak, żeby być wszędzie, gdzie może się coś zdarzyć. Polega to na tym, że zatrzymują się przy takim niebezpiecznym miejscu, a kiedy kolarze przejadą, oni przebijają się przez peleton, żeby dotrzeć do kolejnego przypisanego im punktu. Ruszamy razem z kolarzami i towarzyszymy im podczas każdego odcinka, aż do samej mety. Potem dojazd do hotelu, a rano zaczynamy od nowa.
Motocykliści obstawiający wyścig przejeżdżają dużo dłuższą trasę niż sami kolarze. W tym roku etapy miały 1200 km, a my, w zależności od pełnionej funkcji, zrobiliśmy od 2600 do 3000 km.
Motocykle jakie były widać na zdjęciach. Zabrakło chyba tylko fotki Supertenery, których było dwie, z tego co pisali gdzieś indziej.