Niedziela to dzień błogosławiony. Obfity w relaks, przygody i publiczne wydarzenia. Związany z tym dniem czas wolny zachęca do wyjazdów, spotkań, głębokich refleksji nad sensem życia i własnymi dokonaniami lub nawet prowokowania sytuacji powodujących wzrost poziomu adrenaliny w organizmie.
Jestem gdzieś po środku tych wszystkich darów losu, niezwykłych doznań, bezpowrotnych i wzniosłych uniesień. Mieszkam sobie, a tak, i wstaję wcześnie, a jak, i „jajeczniczkę na boczusiu” wsunę, a co. I do baku nawet wleję. Dlatego jadę, tak samo jak banda „choperowców” z mojej mieściny.
Dlatego wyprowadzam swój stary, czerwony i w dodatku przeciętny motocykl przed garaż. Uruchamiam dwucylindrowy silnik z dziesięcioma zaworami i rozpoczynam niedzielny rytuał jeźdźca. Najpierw słucham brumienia rozgrzewającego się silnika, niczym zwiastuna oczekujących na mnie gdzieś w drodze wydarzeń, wesołych, zapierających dech w piersiach emocji, poczucia szczęścia. Ubieram pas nerkowy, kurtkę i rękawiczki. Jest wczesny poranek. Taki, jaki pamiętamy wszyscy z beztroskiego dzieciństwa. Jest też na razie średnio ciepło, bezwietrznie, na niebie ani jednej chmurki. Odsuwam zamki wentylacji, sprawdzam kieszenie, klucze, telefon i dokumenty, po czym zamykam ssanie, a silnik zwalnia prędkość obrotową, wkładam jeszcze kask i ruszam. Nie ujeżdżam daleko, bo zaledwie 150 metrów do pobliskiej stacji paliw. Na „tankszteli” dostrzegam czarnego Harry’ego 1200 należącego do Daniela. Spoko kolo, choć niewiele z nim rozmawiałem do tej pory. Podobno przejechał całą Europę bez jakichkolwiek okularów w swoim malutkim orzeszku, który akurat ma na głowie – twardziel. Witamy się. Okazuje się, że jedzie tam gdzie my – klub amatorów z Witkowa o wspólnej i nadętej nazwie Hell’s Angels.
O nie, to żart. Tak chcielibyśmy się nazywać, ale nie możemy. Dla odmiany zasugerowałem „Magneto Witków”, ale zostało Knights Forever. Fajnie? Nieco miękko, kojarzy mi się z „zawsze razem tam gdzie ty”… Ale nie chcę być złośliwy. Dlatego nie udzielam się ani na klubowej witrynie www, ani na spotkaniach, ani we wspólnych projektach. Taki motocyklowy aspołeczniak ze mnie. I jest mi z tym dobrze, ponieważ nie lubię presji otoczenia, unikam roli misjonarza, administratora strony, przewodnika bezpańskich motocyklistów, redaktora. Onieśmielają mnie takie kluby, te czarne skóry, krzyże maltańskie, okulary typu kobra, ćwieki i frędzle u siwych facetów w wieku średnim, którzy zatrzymują się co 25 km po to tylko, żeby na zmianę – albo siknąć na koło, albo żłopać wrzątek lury z mułem. Może to być kawa Woseba, podawana w knajpach na dwa sposoby – czarną lub ze śmietanką z dwoma dziurkami.
Ale jadę z nimi. Bo sam jestem już jednak jak ten kapeć. Chłopaki z dawnej ekipy latają gdzieś po Europie, inni przecinają na motach Albanię i nie kręcą ich polskie zadupia, a jeszcze inni posprzedawali sprzęty i tulą się do swych żon i kochanek. Jadę z Knightsami, bo nie mam na tyle wielkich jaj, żeby zapieprzać gdzieś daleko z samymi agresywnymi samcami w moim wieku. Z Knightsami mamy ideę, żeby zwiedzić zamek znajdujący się w zabitej dziurze prawie na końcu Polski. Jak się potem okazało, nic tam nie ma. No może oprócz rzeki, samego zamku i sali tortur. Ale cel jest! I są też z nami ze trzy żony. A to już połowa sukcesu.
Na miejsce zbiórki wyznaczono parking pod knajpą ze stolikami na tarasie. Oczywiście, wszyscy się spóźniamy. A to ktoś jeszcze ma dolecieć, a to ktoś czeka na autostradzie, a to ktoś jeszcze nie wie, co też ma ze sobą począć. Tym ostatnim kimś niezdecydowanym okazuje się jakiś facet, który przyjechał na ładnym Virago 535 w pełnym rynsztunku (bo przeczytał zajawkę o wyjeździe „wczora na necie”), od stóp do głów kupionym zresztą w zeszłym tygodniu na motobazarze wraz z motocyklem.
znajdź sobie ekipę co zapier....ja jak poje..ni po drogach!!!, osobiście powiem że nie mam motocykla jeszcze ,ale nie popieram tych idiotów co tak zapier....ja i życzę im szybkiego spotkania się z drzewem !!! bo przynajmniej wtedy krzywdy nie zrobią innym użytkownikom dróg ;))
a co do daniela jak go nazwałeś to prawda a nie podobno ,osobiście sam go spotkałem podczas jazdy na lazurowym wybrzeżu ,jechałem samochodem a przede mną parę motocykli, dogoniłem ich patrze a to właśnie z Grodkowa ekipa jedzie ;) ,i tak ten daniel niemiła tobołów ze sobą skromnie ,śpiwór i sakwy nawet chyba nie pełne tak więc to nie plotka . a było to dokładnie ok 2 ,3 lata temu niedaleko St. Tropez
nie ma to jak narzekać na swoją ekipę, następnym razem jedź sam skoro nie umiesz się do innych dostosować ;)
pozdrawiam wszystkich wolna jeżdżących, którzy czerpia radośc z jazdy
a i nie wiem czemu nazywasz ich niedzielnymi chopperowcami ;p
Tobie to kim ja jestem nie jest potrzebne, ponieważ i tak mnie nie znasz ;)
P.S. do Bartosza
nie krytykuj naszych żon, ponieważ sam wyjeżdżasz dwa razy do roku bo Ci częściej żona nie pozwala
@ gość - a sam to zaczym się własnie skryłeś?
artykuły piszesz piękne ale dlaczego jesteś tchórzem,
mogłeś się podpisać i poinformować swoich znajomych o tym, że napisałeś o nich ten artykuł a nie kryć się za pseudonimem Okular.
Nie jechałeś z nami pierwszy raz wiedziałeś jaki mamy styl jazdy więc nie wiem po co teraz te komentarze.Poza tym widać jaki z Ciebie motocyklista skoro nie odróżniasz hondy shadow od vtx.Może zamiast złomem zajmij się satyrą to będzie stać Cię na pastę do butów i nie będziesz zazdrościł innym że jeżdżą w wypastowanych butach. Nie pozdrawiam i doniezobaczenia na trasie.
I tematyka problemu.. jakże bliska ;)
Naprawde dawno nie czytalem czegos tak fajnego :)