Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak w latach czterdziestych czy pięćdziesiątych wyglądały w Polsce drogi? Jakimi motocyklami jeździli nasi dziadkowie? Jakie mieli podejście do swoich maszyn? Czy mieli specjalistyczny strój do jazdy i czy panowały wtedy zwyczaje znane nam dzisiaj?
Mnie to zawsze bardzo ciekawiło, dlatego postanowiłam odnaleźć odpowiedzi na te pytania. Najpierw jednak musiałam znaleźć źródło fascynujących i zaskakujących historii. Okazały się nimi wspomnienia mojego 88-letniego wujka, Stefana T., który zgodził się na wywiad i opublikowanie artykułu.
Motoryzacyjny życiorys
Wujek pierwszy motocykl dostał od ojca w 1939 roku, mając wówczas 16 lat. Była to SHL-ka o pojemności silnika 175 ccm, dwusuwowa. Niestety, nie cieszył się nią długo – po siedmiu miesiącach zabrali ją Bolszewicy. W latach 1946–1951 studiował na Wydziale Samochodów i Ciągników w Wyższej Szkole Inżynierskiej im. H. Wawelberga i S. Rotwanda, znajdującej się przy ul. Mokotowskiej 4/6 w Warszawie, która w tamtych czasach uchodziła za jedną z najbardziej prestiżowych szkół w Polsce, a jej absolwentów nazywano wawelberczykami. Około 1947 roku, kiedy wujek był na drugim roku studiów, nabył motocykl NSU o pojemności 350 ccm, czterosuwowy, produkowany wówczas w Niemczech. Kupił go w częściach i złożył własnoręcznie w warsztacie kolegi, który służył pierwotnie naprawom maszyn młyńskich. Używali go do wszelkiego rodzaju remontów pojazdów. NSU służyło mu całe 3 lata. Następnie był Simson typu enduro do jazdy terenowej oraz DKW. Po skończeniu studiów, kiedy wujek miał 28 lat, ożenił się z ciocią, Barbarą T. Miała wtedy 20 lat i studiowała na Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. W latach 1951–1998 wujek był pracownikiem Biura Konstrukcyjnego Napraw Samochodów, które później zmieniło nazwę na Instytut Transportu Samochodowego, i zajmował się badaniem oraz testowaniem wszelkiego rodzaju pojazdów, które trafiały na polski rynek. Miał wtedy w posiadaniu WFM-kę, potem SHL-kę, OS-ę i Junaka. W międzyczasie pracował na Politechnice. Poza wyżej wymienionymi dosiadał również innych jednośladów: "Jeździłem również motocyklem o nazwie Uni Royal produkcji angielskiej. Po wojnie natomiast dwucylindrowym Harleyem, który miał sprzęgło w nodze i amerykańskim Indianem – obydwa były produkowane z wózkami bocznymi. Były tak podobne, że trudno je było odróżnić. Pamiętam, że jechałem kiedyś Harleyem z granicy czechosłowackiej do Warszawy. Bardzo wtedy zmarzłem, bo byłem ubrany w zwykłe spodnie i kufajkę, a nie mój strój do jazdy" – opowiadał z zainteresowaniem. Oprócz motocykla przez wszystkie lata towarzyszył mu również samochód. Jego pierwszym był Citroen 2CV, którego prędkość maksymalna wynosiła 70–80 km/h, a chłodzony powietrzem silnik miał 350 ccm pojemności. W latach dziewięćdziesiątych przesiadł się do "puszki" bezpowrotnie. To jednak nie wszystko. Interesowały go też autobusy, ciężarówki, a nawet samoloty. W latach 1947–53 latał w Aeroklubie warszawskim na kukuruźnikach i szybowcach. Jego życie było zawsze związane z motoryzacją. Między rokiem 1990 a 2001 miał ostatnią pracę przed emeryturą – był biegłym sądowym ds. wypadków samochodowych. Obecnie mieszka w Warszawie, czyta kryminały, książki historyczne i psychologiczne, ogląda albumy zdjęciowe z dawnych lat i dzieli się swoimi niezwykłymi wspomnieniami z najbliższymi.
Testowanie motocykli w Instytucie
Jak mój wujek wspomina pracę w Instytucie Transportu Samochodowego? "Za jazdę motocyklem Instytut płacił mi 1 zł za 1 przejechany kilometr. Przykładowo za jazdę z Warszawy do Mławy dostawałem około 120 zł. Badałem w zasadzie wszystkie motocykle: japońskie, czeskie, niemieckie, polskie i inne, a także samochody i autobusy. Największy silnik, jaki występował w motocyklu, był pojemności 350 ccm, czterosuwowy, dwucylindrowy. Badania homologacji robił wtedy tylko Instytut w Warszawie" – wspominał. Jak wyglądało testowanie? Wujek badał pojazdy pod wieloma względami, w tym zużycie paliwa, drogę hamowania i przyspieszania czy widoczność. Po przetestowaniu pojazdu sporządzał sprawozdanie, które następnie było kierowane do Ministerstwa Transportu i pojazd zostawał dopuszczony do ruchu lub nie.
Strój do jazdy
Zawsze mnie ciekawiło, jak ubierali się kiedyś motocykliści. "Wysokie, sznurowane, skórzane buty, skórzane spodnie, kożuch, skórzane rękawiczki letnie lub zimowe i kask polskiej produkcji" – w takim stroju jeździł mój wujek. Wszystko było specjalnie zamawiane i wytwarzane na potrzeby Instytutu, w którym pracował. W jakich strojach jeździli inni motocykliści? W kurtkach typu "kanadyjki", "kufajkach" czy popularnych w latach czterdziestych i pięćdziesiątych "waciakach" – kurtkach i spodniach watowanych. Nie było producentów akcesoriów motocyklowych, wszyscy jednak ubierali się na motocykl bardzo ciepło. Nie do pomyślenia była jazda w letniej koszulce i szortach, znana nam obecnie.
Jazda po polskich drogach
Jak wyglądała jazda po polskich drogach kilkadziesiąt lat temu? "Czasami nie było widać samochodów przez 3 godziny, a czasem przez godzinę. Pamiętam, że kiedyś na drodze z Warszawy do Mławy i z powrotem spotkałem w sumie trzy autobusy, dziesięć furmanek i dwa samochody ciężarowe. Mijałem się i wyprzedzałem z motocyklami, ale samochodów było niewiele. Czasami na drogach pojawiała się kolumna wojskowa. Było to zazwyczaj około trzydziestu ciężarówek i trzeba było wtedy bardzo ostrożnie jechać" – opowiadał wujek z powagą. A jakie było największe zagrożenie na drodze? "Najbardziej niebezpiecznie jechało się wieczorem lub nocą za furmanką, która nie miała oświetlenia, a chłop zasnął i konie jechały same" – mówił śmiejąc się.
Wbrew pozorom, według mojego wujka kiedyś drogi były w o wiele lepszym stanie niż obecnie: "Nie ma porównania. Jakość dróg wcale się nie polepszyła. Kiedyś ruch był mały i drogi nie były aż tak eksploatowane. Teraz jest inna technologia nawierzchni drogowych, pozwalająca na nacisk około 40 ton, ze względu na tiry. Kiedyś nie było tak ciężkich samochodów. Dużo było brukowanych dróg, takich jak z Warszawy na Białystok. Natomiast z cegły klingierytowej w kolorze czerwonym, z której budowano również kościoły, była trasa z Warszawy na Kutno. Gdzieniegdzie można było także przejechać się po kostce z drewna bukowego – taka występowała przykładowo na ulicy Marszałkowskiej w Warszawie, gdzie odbywał się transport konny" – opowiadał mi.
Co sprawiało, że mój wujek tak chętnie wsiadał za każdym razem na motocykl? "Zawsze bardzo podobały mi się motocykle i lubiłem jazdę" – odpowiedział. Jednośladem jeździł zarówno dla przyjemności, jak i w ramach pracy zawodowej. "Najbardziej lubiłem jeździć w upalne dni. Jeździłem tak często, jak to było możliwe, nawet codziennie – nad morze, nad jeziora mazurskie, do Zakopanego, na ryby, na polowania, po całej Polsce. Za granicę nie, ponieważ sprzęty były zawodne, czasami się psuły. Najdalej byłem w Międzyzdrojach. Na wakacje jeździłem najczęściej samochodem, ponieważ moja żona nie lubiła za bardzo jazdy motocyklem" – wracał wspomnieniami. Najbardziej negatywne wspomnienie dotyczy wyjazdu do Gdyni: "Pamiętam, że było mi strasznie zimno. Wyjechałem o 5.00 rano i było rzeczywiście lodowato. To było latem – nie jeździłem zimą motocyklem" – dodał. Poruszał się w zasadzie po każdych drogach – polnych, asfaltowych, dziurawych i piaszczystych. Nie przywiązywał się do swoich motocykli, bo jak sam mówi, to tylko maszyna. Najczęściej jeździł sam lub z pasażerem – żoną, znajomym lub przyjacielem, których zabierał na ryby lub polowania. Bardzo rzadko towarzyszył mu inny motocykl.
Podczas jazdy motocyklem czy samochodem nie było takiego komfortu jak dzisiaj – ogrzewania, klimatyzacji czy nawiewu na szyby. Żeby szyby nie zamarzały, trzeba było przecierać je solą. Stacje benzynowe były na drodze rzadkością. Częściej pojawiały się punkty kontrolne, w których trzeba było okazać kartę drogową. Zawarte w niej były informacje o celu podróży, dokładnej trasie i miejscu zakupu paliwa, a na paliwo były bony. Nie było prywatnych samochodów, tylko państwowe. Trudno również było kupić auto. W 1945 roku wujek kupił Opla Olimpię za... skrzynkę wódki – 12 litrów przyrządzonego według tradycyjnych receptur alkoholu z polskiej gorzelni.
Chciałbym żeby wszystko było takie proste.
No niestety, jak sam się przyznałeś, że nie doczytałeś komentarza, więc jesteś cymbałem. Przykro mi:)
Nigdy nie powiedziałem, że był. Nie doczytałem Twojego komentarza, i fakt nie było. Były jako takie.
Do tego nazywanie mnie cymbałem, nie mając pojęcia kim jestem i nie znając mnie świadczy o Twojej nieprzeciętnie niskiej kulturze.
w 1939 roku nie produkowano motocykla SHL o pojemności 175 ccm
tak jest jak się tylko nagłówki czyta...
Cytat z wikipedii: "SHL – marka motocykli produkowanych początkowo w Hucie Ludwików, następnie KZWM Polmo-SHL w Kielcach od roku 1938 do 1970. Nazwa była skrótem od Suchedniowska Huta Ludwików."
A tu link na potwierdzenie tego co napisano na wiki: http://motocykle.svasti.org/index.html?strona=http://motocykle.svasti.org/SHL.html
@Szhuja
Mimo wszystko dziękujemy za pozytywny komentarz :)
Te roadbooki i checkpointy na trasie tez! :]
Pozdrawiam Marek.
Potem przyszli Ruscy i nastał chaos. Drogi dziurawe, ogromne chamstwo i imbecyle za kółkiem 20-letniego bmw, którego moc silnika przekracza trzykrotnie ich iloraz inteligencji.