Nazwy sportowych motocykli, wypowiadane w kółko jak mantra, pozwalają poczuć smak tego wszystkiego na własnym języku – Gsxr, Cbr, Zx lub Vtr.
Oznaczenia typów i modeli ciężko się wypowiada, a zarazem dobrze przeżuwa i chętnie do nich powraca. Dobrze smakują, przyjemnie wibrują, kiedy mielone jęzorem zostają powtarzane. Są jak kryptonimy strategii walk ulicznych, symbole siły i męstwa, sygnały – warknięcia dla innych. Dla rywali.
Przedmieścia Krakowa, jest wczesna pora dnia. Dwujezdniowa droga, skrzyżowanie ze światłami. Dojeżdżam, żwawo wytracając prędkość dwucylindrowej, litrowej Aprilii RSV. Zanim szybkość spada do zera, omijam mały korek i zatrzymuję „dzidę” na pole position pod sygnalizatorem. Mam zamiar jechać prosto do dealera, na ulicę Zakliki z Mydlnik, w celu oddania testowego sprzętu. Jest niezły, choć po długiej trasie nogi i dupsko bolą niemiłosiernie. Czuję się obserwowany. I nic w tym dziwnego, w końcu RSV 1000 pozwala na mega lans. Ale nie tylko przed samochodziarzami…
Jest. Stoi nieco na lewo po przekątnej, na sąsiednim pasie, zwrócony w przeciwnym kierunku, na czarnej Hondzie Cbr 900 pseudonim „Blady Józek”. To ciekawe, że choć obaj mamy przyciemnione wizjery, to wyczuwamy spotkanie naszych niewidzialnych oczu, gdy w tym samym momencie podnosimy dłonie w geście pozdrowienia. Wzajemna lustracja trwa chwilę, poprawiamy rękawice zanim zaświeci się zielone. Jedynki „klikamy” chyba jednocześnie, ale to on startuje szybciej. Basowy odgłos jego silnika przybiera na sile i wymijamy się, błyskawicznie, niczym dwa myśliwce, nabierając prędkości. Z tym, że on jedzie już na tylnym kole. Ukradkiem odprowadzam go wzrokiem, zerkając w lewe lustro Patrzę na jego plecy i ramiona rozpięte na wściekłej Hondzie, aż do momentu gdy opada na przednie koło. Po co to zrobił? Przecież nie sprowokowałem go, ale mam nieodparte wrażenie, że musiał to zrobić, w przeciwnym razie nie byłby sobą, a tak mógł cieszyć się myślą, że to widziałem.
Innym razem, autostrada A4, inna droga, inny motocykl. Prędkość dawno przekroczyła bardzo nieprzepisową. Na ostatnim biegu, przy wysokich obrotach, wkracza się w inny wymiar. Ciąg silnika jeszcze nie maleje, huk huraganowego wiatru nasila się, zagłuszając basowy odgłos, a turbulencje wokół ramion osiągają maksmum. Wibracje, wyczuwalne na podnóżkach i ściskanej kolanami aluminiowej ramie, zdradzają, towarzyszący jakby w tle zjawiska, ogromny, ponadnormatywny i odrzutowy hałas przelotowego wydechu typu 4 w 1. Jego miarą jest, wychylająca się w górne partie obrotów, cieniutka wskazówka obrotomierza, który, obok prędkościomierza, stanowi centralne miejsce na skromnym zestawie motocyklowych wskaźników. Może dlatego Janek woli trzymać się za mną, po mojej lewej. W ten sposób nie podąża bezpośrednio za falą hałasu rozchodzącą się od tłumika po prawej. Walimy tak razem od samego Wrocławia. Jesteśmy znużeni tamtejszymi przewlekłymi korkami i przeciskaniem się między samochodami w godzinach szczytu, dlatego teraz rozrabiamy na autostradzie. Niektóre samochody da się zrobić „na autostradowego trzeciego”, jeśli tylko kierowcy tych aut pozwalają nam na to, ustępując nieco miejsca po lewej. Przechodzimy obok ciężarówek, vanów, merców, słowem – wszystkiego, co podąża w tym samym kierunku, lecz o wiele od nas wolniej. Czasem trzeba wyheblować niemal do zera, czyli około 90 km/h, żeby cierpliwie odczekać za plecami wyprzedzających się nawzajem ciężarówek. Ich kierowcy mogą nas w porę nie dostrzec, a my to rozumiemy. Mamy wtedy czas na „rozprostowanie” kości, podnosimy się znad zegarów i kierownicy, słuchamy grających równolegle czterocylindrówek, w jadących obok siebie motocyklach. Zwykle po zjechaniu zawalidrogi odkręcamy, ale nie do końca – przy ponad stu koniach mocy mojej maszynki nie jest to potrzebne.
p.s.
Messerschmit Bf 109