Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia – to stare powiedzenie najlepiej obrazuje większość dotyczących nas wszystkich sytuacji. Nie inaczej jest i tym razem. Po przeczytaniu felietonu w jednej z najpoczytniejszych polskich gazet motocyklowych, ciężko oprzeć się wrażeniu, że autor ma duże pretensje do tego, że świat nie chce stanąć w miejscu i nadal pędzi do przodu, nie patrząc na stare przyzwyczajenia, utarte schematy i to, co się komuś podoba od lat. Rozwój Internetu, portali internetowych, szybkiej informacji wielu osobom nie przypadł do gustu. Ciężko się temu dziwić; Internet burzy przyzwyczajenia niektórych do tego, co było i, niestety, być przestaje. Zmusza do przestawienia się i odnalezienia w nie tak nowej przecież rzeczywistości.
Internet zabija… nieprzystosowanych
Internet ostatnio został oskarżony o to, że zabija targi motoryzacyjne i mniejsze imprezy. Przecież wszystko można wyklikać sobie na stronach: ciuchy, części itp., zamówić i dostać pocztą czy kurierem prosto pod drzwi. Nowym maszynom można przyjrzeć się dokładnie z każdej strony, sprawdzić dane techniczne, a nawet poczytać jak się takim pojazdem jeździ i nie wychodząc z domu poznać jego wady i zalety. Pozostaje jednak jedno małe „ale”…
Idąc tym tokiem rozumowania, dokładnie taki sam wpływ na „oglądalność” wystaw czy frekwencję na imprezach mają gazety. No dobrze, może mniejszy, bo po gazetę trzeba przejść się do kiosku i wydać te prawie 10 zł. Natomiast to, co jest w Internecie, zwykle jest za darmo (nie licząc opłaty za samo korzystanie z łącza, które i tak wykorzystujemy nie tylko do przeglądania portali motoryzacyjnych). Wracając jednak do tematu gazet, przecież tam też możemy poczytać o najnowszych motocyklach, gadżetach i ciuchach, zobaczyć testy maszyn czy też dowiedzieć się, jak było na imprezach, z których publikowane są relacje, więc po co na nie jechać.
Internet winny globalnemu ociepleniu
Internet nie odpowiada także za producentów motocykli. To, że na targach, zamiast łechtających dobre samopoczucie dziennikarzy „gwizdków”, katalogów czy w końcu płyt CD z danymi najnowszych maszyn, dumnie błyszczących na stoiskach, dostajemy od hostessy „kartkę” (oby gustowną, a nie taką jak Kawasaki dawało w zeszłym roku, czyli wycięty kawałek kartki, który się natychmiast gubi) z loginem i hasłem do strony internetowej, nie jest w cale czymś złym. Witryny dla mediów dysponują ogromną bazą zdjęciową nie tylko najnowszych maszyn, a także pełnymi danymi technicznymi i tym wszystkim, co do pracy dziennikarza jest niezbędne. Narzekanie na nie wydaje się zatem przejawem wyłącznie chęci posiadania kolejnego gadżetu typu „gwizdek”, czapeczka czy inna tego typu pierdoła.
Dzięki takiemu prostemu zabiegowi firmy w dobie wszechogarniającego kryzysu mogą sporo zaoszczędzić i przeznaczyć niewydane na pendraki środki np. na akcje promocyjne. Poza tym co miałoby dać chociażby takie Kawasaki w Mediolanie, skoro wszystkie nowości tej marki zostały zaprezentowane wcześniej (podczas Intermotu) i były już znane? Może okolicznościowy znaczek „uczestnik targów w Mediolanie” albo medal „ulubiony dziennikarz marki”. Powiedzmy sobie szczerze – szeroko pojęte media są ważne dla każdej zdroworozsądkowo myślącej firmy, stąd ukłon do nas w postaci dni prasowych. Jednak tego typu imprezy organizowane są przede wszystkim dla publiczności, czyli ewentualnych przyszłych klientów oraz dealerów i importerów, a zatem ludzi z branży, którzy będą sprzedawać te motocykle, ciuchy czy inne gadżety.
Targi, imprezy motoryzacyjne – tylko na żywo
Jest jednak jedna rzecz, w której muszę się całkowicie zgodzić z autorem wyżej wzmiankowanego felietonu – nic nie zastąpi zobaczenia maszyny na własne oczy, posadzenia czterech liter na siodełku, przejechania się nią czy też „pokręcenia” manetkami na targach, kiedy już uda nam się do niej dopchać po oczekiwaniu w długim ogonku. Nie ważne, czy czytało się już o danej maszynie, czy nie. To właśnie to wrażenie, które robi ona na żywo, jest najważniejsze, ma największy wpływ na decyzję o ewentualnym kupnie sprzętu i najbardziej działa na wyobraźnię. Tego nie zapewni żaden materiał w Internecie ani artykuł w gazecie.
To właśnie dlatego, mimo pracy w Internecie, czyli podobno rzeczy, która zabija takie imprezy, pojechaliśmy zarówno do Kolonii, jak i Mediolanu. To właśnie z emocji towarzyszących posiadaniu i jeździe na motocyklu, zarówno my, jak i gazety motoryzacyjne, piszemy nie tylko o tych eventach, ale poruszamy również cały szereg tematów związanych z motocyklami. Wydaje mi się, że nie ma sensu nikogo o nic oskarżać i bawić się w zwalanie wszystkiego na Internet, bo niedługo doprowadzimy do sytuacji, jaka ma miejsce w naszej polityce, czyli „wszystkiemu winne jest PO”.
Do tej sytuacji – istnienia Internetu i portali motoryzacyjnych – należy się po prostu przyzwyczaić, gdyż nie wygląda na to, żeby miała się w najbliższym czasie zmienić. Co nas nie zabije, to nas wzmocni – jak mówi stara ludowa prawda (takie stare powiedzonka niosą za sobą lata doświadczenia i zwykle się sprawdzają).
Podsumowanie
Powiedzmy sobie jasno – Internet nikogo nie zabija. Portale jedynie wykorzystują szeroki wachlarz możliwości, jakie posiadają. Jak było widać, mimo nie najlepszej koniunktury i niemałych cen biletów wstępu hale targowe zarówno Eicmy, jak i Intermotu, targi były szturmowane przez ogromną falę zwiedzających. Nikomu tam nie przeszkadzało, że coś już wcześniej widzieli w Internecie czy też to, że po powrocie do domu wezmą do ręki gazetę i zobaczą opis maszyny, na której udało im się usiąść. Liczyły się motocykle, skutery, atmosfera i emocje, które wywoływały prezentowane maszyny. Natomiast ci, którzy z rożnych względów nie mogli pojechać na targi, cieszyli się, że właściwie od razu mogli przeczytać w Internecie o tym, co działo się na halach targowych.
Tymczasem życzymy Wam braku posiniaczonego tyłka i zdartego naskórka o asfalt, a tylko czystej frajdy płynącej z dosiadania jednośladów w kolejnych sezonach, w które niejednokrotnie wjedziecie nowymi motocyklami.
...przeczytam sobie na kiblu z laptopem na kolanach :)
pozdro