– Henryk, a obserwujesz czasem wskazania na obrotomierzu podczas jazdy? – z powagą w głosie spytał Onufry, siedząc na czterocylindrowym V-Maxie.
– No nie zawsze jest na to czas – odpowiada jakby od niechcenia właściciel motocykla, szukając kieliszków w garażowym bałaganie.
– A ile to wyciąga? – pytam, poważnie podejmując wątek i krojąc gdzieś na brudnym stole, pomiędzy dawno wystudzonymi, rozbebeszonymi i brudnymi silnikami, płat boczku na grilla.
– Nie wiem, najwięcej chyba coś 210 jechałem… – powoli, z namysłem odpowiada Henryk.
– Czy to aby nie było wtedy, kiedy lecieliśmy do Wrocławia? – dopytuję się dalej.
– No, no, wtedy. Ładnie dawaliśmy. Ale ty też dobrze się trzymałeś z tyłu…
– No bo miałem 205…
Pośród nocy z kilku spragnionych mięsa i piwa gardeł wybucha salwa szyderczego śmiechu.
Pomarańczowa poświata z lamp mętnie rozjaśnia ciemności. Rzędy pozamykanych na głucho jednakowo wyglądających garaży. Mimo późnej pory, jedna z bram jest otwarta. Wewnątrz pali się światło, tuż obok z sykiem piecze się mięsiwo na grillu, a w „puszce”, zaparkowanej bezpośrednio przed garażem, głucho tłucze się jakaś rockowa muzyka. Przy samochodzie parkuje jeszcze czarny motocykl, zawadiacko wsparty na bocznej nóżce. Ma masywną bryłę – duży silnik, grubą tylną oponę, cienki widelec i trochę chromów. Jest zimny. W powietrzu czuć alkohol, nęcący zapach dymu i pieczonych kiełbas, który miesza się z wilgocią jednej z pierwszych, wiosennych nocy. W środku stoi lub siedzi kilku takich, którzy jeszcze nie muszą kłaść się spać z powodu nadchodzącego wtorku, spraw rodzinnych czy jutrzejszych obowiązków w pracy. Piją, palą i jedzą. Czas płynie wolno; do domu od dawna nie chce się wracać.
Krzyczą często podekscytowani. Atmosfera jest sielska, nieco wspomnień, kilka opinii na temat własnych i cudzych spostrzeżeń, trochę mrzonek, narzekania... Każdy ma coś do powiedzenia. Ponieważ od ostatniego spotkania w podobnym gronie minęło sporo czasu, duch dawnych dni nie powrócił tak od razu. To nie ten czas, gdy, wiedzieni tym samym instynktem, wyruszali oddzielnie w trasę bez celu, a potem niespodziewanie spotykali się we wspólnym miejscu z dala od domu. Bez jednej zapowiedzi, jednego uprzedzającego telefonu, jakiegokolwiek ustalenia miejsca czy godziny spotkania. Wyjeżdżali osobno nie wiedząc nic o sobie, a często wracali razem. Dziś, zanim opadną wrażenia z szarej codzienności, zanim zniknie choć na chwilę troska o rzeczy doczesne, zanim przyjdzie zapomnienie, potrzeba jeszcze trochę poczekać.
– Weź go zapal, no! – mówi Onufry, wskazując na byle jak leżący na stole dwusuwowy silnik.
Maski z twarzy odpadają po kolei. W miarę jak śmiejemy się sami z siebie i w miarę ilości przelanego alkoholu, zanika cień rywalizacji w imię: „dziękuję, zapraszam i proszę, kolego”. Nie jesteśmy już na trasie. Nie redukujemy biegów, nie przyspieszamy. Nie ma zakrętów i morderczych prędkości. Jest cicho, bez wiatru. Pancerze kasków, rękawic i całej tej reszty motocyklowych ubiorów zastąpiły lekkie kurtki, kolorowe napisy, wygodne buty i „pełne przygód” plecaki.
– Gdzie jest „knife”? – pyta ktoś, spolszczając wymowę angielskiego słowa.
– No tam, „on de table” – pada sparafrazowana w tym samym fonetycznie stylu odpowiedź.