Już widzę jak niektórzy mówią, że mi odbija... Na stare lata :D. Jednak nie, wcale nie na stare, a „inne” motocykle zawsze uwielbiałem.
Podczas gdy niektórzy podniecają się nieziemsko wszelkimi nowinkami, ja z chęcią poganiałbym minimalistycznym sprzętem z ramą bez amortyzacji tylnego koła. Tak, teraz usłyszę: „Czubek”. Może, ale ile takie sprzęty mają uroku i jaka jest ich historia... Zanim pojawiły się choppery, które znamy, na polu customów królowały bobbery. Co to takiego i z czym to zjeść? Otóż dawno, dawno temu...
Nie tak dawno, bo w tym sezonie, w moje niecne łapy wpadł pewien Harley. Był to jeden z najciekawszych w mojej ocenie motocykli tej marki – Dyna Street Bob. Prostota, minimalizm i eliminacja wszelkich zbędnych elementów. I to było to! Dawno się tak nie ubawiłem, jeżdżąc po mieście bez większego celu, dla samej radości z jazdy. Ale o tym jeszcze napiszę. Zmierzam do czegoś innego. Co to właściwie za motocykl ten bobber? Postanowiłem lekko zgłębić temat i wyłuszczyć całą kwestię. Najprościej rzecz ujmując, jest to sprzęt pozbawiony bądź posiadający radykalnie skrócone i zminimalizowane błotniki, raczej minimalistyczny w swojej formie. Forma ta ukształtowała się w latach pięćdziesiątych XX wieku. Pojawiła się właściwie przed wszystkimi znanymi obecnie stylami w customizingu motocykli. Oczywiście, dodać należy, że narodziła się za oceanem. Żołnierze wracali do domów, niektórzy z przybytkiem w postaci motocykli wojskowych, pochodzących z demobilu. Wielu z nich podczas wojny podpatrzyło europejskie konstrukcje, które w porównaniu z rodzimymi jednośladami były wręcz filigranowe i wizualnie „lekkie”. Mając w wielu wypadkach doświadczenie w obsłudze pojazdów mechanicznych, byli żołnierze, niektórzy wciąż głodni wrażeń i niechętni przystosowaniu się do obowiązujących norm społecznych (nie, nie socjopaci), własnoręcznie przebudowywali swoje motocykle, nadając im indywidualne cechy, odchudzając i przystosowując do własnych potrzeb. Jednoślady wyrażały punkt widzenia właściciela i jego nastawienie do świata. Powoli zawiązywały się pierwsze kluby motocyklowe, skupiające chłopaków z jednej dzielnicy lub mających jednakowy pogląd na świat. Kwestię tę traktuję tu mocno pobieżnie, bo nie chcę zagłębiać się w historię MC. Przynajmniej nie tym razem....wokół pojęcia bobber pojawiają się kontrowersje – jaki jest ten prawdziwy? Kto i gdzie go buduje? Jak ma wyglądać? Puryści niezbicie twierdzą, że sprzęt musi być przebudowany w oparciu o fabryczne elementy...
Wokół pojęcia bobber pojawiają się kontrowersje – jaki jest ten prawdziwy? Kto i gdzie go buduje? Jak ma wyglądać? Puryści niezbicie twierdzą, że sprzęt musi być przebudowany w oparciu o fabryczne elementy, wykonany własnoręcznie w zaciszu przydomowego garażu, adoptowanej opuszczonej hali fabrycznej lub szopie z narzędziami za domem. W ruch powinny iść piłki do metalu, klucze etc. Wszystko, co pomoże wyrzucić każdy zbędny i nieprzydatny element. Wszystko, co na pokaz, co nie ma wpływu na jazdę i trakcję idzie w kąt. Powiecie, że OK, wszystko jasne, ale tak naprawdę podobne założenia przyświecają twórcom prawdziwych, klasycznych chopperów: paszła won z szybami, gmolami, sakwami i innym dziadostwem. Czysta, schludna i niczym niezmącona linia – to jest to! Oczywiście, to prawda, jednak różnica jest znaczna – bobber powinien opierać się na fabrycznej ramie i zawieszeniu, podczas gdy chopper ma być jakby „uszyty na miarę” wokół silnika, włącznie z ramą i zawieszeniem oraz niezbędnymi elementami karoserii. W bobberze na próżno powinno dopatrywać się charakterystycznych smaczków w postaci chromów i polerek – to bardziej surowa forma.
Wielu ekspertów od popkultury twierdzi, że premiera „Easy Ridera” (pozycja obowiązkowa dla wszystkich ze znakomitymi rolami Petera Fonda, Dennisa Hoppera i Jacka Nicholsona) była początkiem (r)ewolucji bobbera w choppera. Oczywiście, oba style mieszały się ze sobą, dając nam konstrukcje-hybrydy określane mianem bobbed chopper. Ale to wszystko teoria, teoria i trochę historii, która wreszcie stanie się nudna i nikt z Was nie dotrwa do końca (o ile ja sam dam radę wystukać jeszcze kilka zdań). Zainteresowanym bliżej całością tematu, konstrukcjami i opisami motocykli polecam najlepszą (podobno) książkę, jaka ukazała się na rynku wydawniczym, dostępną choćby na Amazon.com: Art of The Bobber.
Przede mną wizja zimowego marazmu, który od czasu do czasu może będzie przerywany jakimiś wypadami w teren czy eventem z jednośladami w tle. Co robić? No właśnie. Może coś zbudować? Poszperałem i siedziałem ze szczęka opuszczoną do poziomu kolan...
Zdawałoby się, że budowanie tego typu motocykla, opartego na jakiejkolwiek konstrukcji innej niż H-D, jest zbrodnią. Ale... są szacowne marki na tym świecie, jak np. Triumph, które w klasycznej formie mogą stać się idealna bazą dla „wydumki”, że nie wspomnę już o cackach budowanych na bazie starych... Japsów. Tak, nie pomyliłem się. Wyobrażacie sobie Yamahę XS 650, motocykl z cudownym w formie rzędowym twinem o klasycznym wyglądzie? W całości, mimo że w chwili obecnej to już klasyk, wygląda, niezależnie od wersji, wręcz porażająco; jest po prostu brzydki. Jednak stanowi przy tym idealną bazę dla niedużego, surowego customa. Niestety, w naszym kraju dostępność tych motocykli jest prawie zerowa, pozostaje więc szukanie szpeja na zagranicznych aukcjach lub portalach ogłoszeniowych. Prostsza sprawa, jeśli wpadnie nam do głowy przebudowa mniejszej siostry 650-tki, XS 400. Tu mamy pole do popisu, bo wystarczy poszperać na najpopularniejszych serwisach aukcyjnych i za niewielkie pieniądze można zakupić prawie kompletny motocykl. Podobnie sprawa ma się ze starymi jak świat Suzuki GS (i nie mówię tu o powszechnie polecanym na pierwszy motocykl GS 500). Im dłużej patrzyłem i dumałem, tym bardziej przypadała mi też do gustu koncepcja oparcia się o LS 650 Savage, dosyć powszechnego, japońskiego soft-choppera, pędzonego wdzięcznym singlem (niezbyt wystrzałowym, ale...) i przenoszącym moc oraz moment na tylne koło z pomocą pasa, podobnie jak w H-D. Cóż, generalnie wszystko zależy od zasobności kieszeni i chęci, bo w chwili obecnej starsze Sporstery które, według mnie, są dobrą bazą do dłubania oldschoolowego szpeja, nie powalają ceną, a zawsze trzeba brać pod uwagę fakt, że zostanie nam trochę gratów do odsprzedaży i prędzej czy później trafi się na nie chętny.
Co dalej? Hm... Przyznam szczerze, że największym dla mnie problemem jest sam pomysł budowy bobbera. Spowodował on lawinę przemyśleń, wstępnych decyzji i prowokuje do wydania kasy, której nie powinienem wydać na takie projekty. Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Jak człowiek chce, to potrafi. OK. Zatem w dalszym ciągu będę szukał bazy pod budowę bobka, a przy okazji spiszę swoje odczucia i wrażenia po jeździe fabrycznym bobberem, Harleyem Davidsonem Dyna Street Bob, ale o tym przeczytacie w kolejnej części...