Drogowe zegary śmierci to akcja, którą każdy z nas może spotkać na swojej drodze.
Zegary takie nie odliczają upływającego czasu, ale rosnącą liczbę ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych. Pojawiają się one na polskich drogach już od dłuższego czasu, a czasem towarzyszą im happeningi, w ramach których na poboczach układane są czarne worki czy stawiane billboardy ze statystykami wypadków śmiertelnych. Cel? Promowanie bezpiecznej jazdy i przypomianie o konsekwencjach przekraczania prędkości.
Według danych, które prezentowane są na zegarach, w samym tylko 2010 roku na polskich drogach zginęło 3907 osób, a wśród nich 234 dzieci, 455 pijanych kierowców, 1235 pieszych i 1117 kierowców jadących z nadmierną prędkością. Rannych w wypadkach drogowych zostało 48952 osoby.
Zdaniem policji, każda taka akcja, nie ważne jak kontrowersyjna, jest potrzebna, jeśli pomoże chociaż jednej osobie uniknąć śmierci w wypadku. Czy podzielacie opinię policjantów, czy może worki i zegary nie robią na Was większego wrażenia? A może, przy takiej liczbie billboardów i śmieci, jakie można spotkać w okolicach polskich dróg, taki happening przejdzie niezauważony?
Czy zdawaliście sobie sprawę, że w jednym roku jest rannych 50 000 ludzi? Szok. To jest miasto.
Zwalanie na brak autostrad też nie jest wymówką. Po tych które są, jak i po ekspresówkach jeżdżą tacy sami wariaci. Mentalność Polaka - można 130 km/h to pojadę 180 km/h... Motocykl to też pojazd i podlega takim samym regulacjom ruchu. Kto z Was jeździ po autostradzie 130 km/h?