Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Artykuły Turystyka motocyklowa Rumunia 2012 - relacja z podróży Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Turystyka

Rumunia 2012 - relacja z podróży

Motocykl jest po to by nim jeździć, najlepiej z właściwymi ludźmi, we właściwym kierunku i tam gdzie nas jeszcze nie było. Właściwymi ludźmi okazali się Biedrona (CBF 500), Damianczyk (Intruder VL1500) i Wiewiór (GSX 1400), właściwym kierunkiem mekka motocyklistów – Rumunia.

Motocykl jest po to by nim jeździć, najlepiej z właściwymi ludźmi, we właściwym kierunku i tam gdzie nas jeszcze nie było. Właściwymi ludźmi okazali się członkowie grupy Cruiserowcy.pl: Biedrona (CBF 500), Damianczyk (Intruder VL1500) i Wiewiór (GSX 1400), właściwym kierunkiem mekka motocyklistów – Rumunia. Dla większości motocyklistów Rumunia to Trasa Transfogarska i Transalpina. Dla nas ten kraj to dużo, dużo więcej. Rumunia to góry, jaskinie, zamki, twierdze, klasztory, morze, miasta z unikalną architekturą, bogata kultura… Różnorodność dostrzegana na każdej płaszczyźnie sprawia, że człowiek czuje się jak osiołek któremu w żłoby dano. To go kusi, tamto nęci i naprawdę ciężko się zdecydować, zwłaszcza jeśli jest się ograniczonym czasowo. My na wyprawę przeznaczyliśmy 7 dni, czyli czekał nas dość ciekawy „wyścig” z kilkoma ważnymi „pitstopami”. Dokładną trasę wyprawy znajdziecie tutaj.

 

 

Dzień pierwszy

Oradea, miejscowość położona zaraz przy granicy z Węgrami, służąca jako pierwszy punkt noclegowy dla większości podróżujących, jest naszym celem. Przez Polskę trochę się ciągniemy; deszcz, tiry, polskie drogi i odwieczne remonty. Za to przez Słowację przelatujemy bez przeszkód, większość trasy pokonując autostradami. Postoje wykonujemy wyłącznie na stacjach, przy okazji tankując, ponieważ zwykłe parkingi przydrożne są miejscami dość niebezpiecznymi (informacja otrzymana od kierowców ciężarówek). Na granicy z Węgrami zatrzymujemy się by kupić winiety, które podczas kontroli drogowej są nie mniej ważne niż dowód rejestracyjny. Ceny są znośne, za każdy motocykl musimy zapłacić po 6 Euro (winieta ważna jest przez 10 dni i wydawana na nr pojazdu). Pani na granicy świetnie rozumie po polsku, co niestety odkrywamy dopiero wtedy, kiedy Wiewiór, używając w ojczystym języku słów powszechnie uważanych za wulgarne, daje upust swojej frustracji w odpowiedzi na dość powolne tempo obsługi, któremu hołduje „ekspedientka”. Mimo to winiety udaje nam się zakupić. Droga przez Węgry to, podobnie jak na Słowacji, w głównej mierze autostrady. Temperatura, sięgająca 40 stopni, daje się wszystkim we znaki. Warunki na drodze to bardziej spacer na bosaka po nagrzanym blaszanym dachu niż dająca frajdę przejażdżkę. Niby sierpień to ten chłodniejszy miesiąc wakacji, ale chwilowo się to nie sprawdza. Wreszcie drogowskaz – „Oradea RO”. Docieramy do granicy, chwila stania w kolejce by okazać dowód, a chwilę później postój przy najbliższej „ścianie płaczu” aby uzbroić się w miejscową walutę. Z poprzednich wyjazdów wiemy, że Wiewiór potrafi zablokować każdy bankomat, dlatego tym razem, przezornie, podejmuje gotówkę na końcu. Za piątą próbą udaje mu się osiągnąć sukces. Ostatni etap dzisiejszego dnia, to kemping Apollo w miejscowości uzdrowiskowej Baile Felix. Musimy się przedostać przez Oradeę, na szczęście duże niebieskie tablice pomagają znaleźć kierunek. Kemping specjalnie luksusowy nie jest, ale my specjalnie wymagający też nie. Wszelkie „niedomagania”, włącznie z tekturowymi prysznicami tłumaczy cena – 25 lei (ok. 25zł) za osobę. Po rozbiciu namiotu ruszyliśmy zaczerpnąć miasta i przy okazji coś zjeść. „Centrum” zaspokoiło wszelkie potrzeby, przy okazji wprowadzając swojski klimat: bazarek przypominający nasze odpusty z tanimi świecidełkami i masą różności, jedzenie na szybko w każdej postaci, wesołe miasteczko, muzyka w knajpach i ta „chodnikowa” oraz knajpki wszelkiego rodzaju. Wybraliśmy spokojniejszą i zjedliśmy kolację przy akompaniamencie rumuńskiego romantic disco podawanego „na żywo”.

 

Dzień drugi

Arad i Timisoara. Z Oradei wiedzie tam prosta droga, ale nie chcemy przebijać się przez miasto, więc postanawiamy odbić na Hateg i pojechać nieco mniej uczęszczanymi szlakami. Teren górzysty, droga wąska, połatana. Mijamy urocze wioski z domkami skrytymi za wysokimi, obrośniętymi pnączem murami, z pozakrywanymi dla ochrony przed upałem oknami. Wszystko bardzo kolorowe, różowe, zielone, niebieskie. Na słupkach znaki „uwaga krowy” w idealnej symbiozie ze znakami „uwaga dzieci”. Poza krowami na wioskowych drogach spacerują również gęsi i owce, które za nic sobie mają obecność pojazdów – chcesz przejechać, musisz poczekać aż ustąpią miejsca. Atrakcji po drodze było wiele, a droga powoli robiła się coraz węższa. Nagle, ni z tego ni z owego, asfalt się po prostu skończył. Zatrzymaliśmy się skonsternowani ponieważ mapa papierowa, podobnie jak GPS, wskazywały, że powinna prowadzić jeszcze spory kawałek dalej, aż do krajówki, którą mieliśmy dotrzeć do celu. Przejechać nie ma jak, no chyba że crossem, jednak cruiser i dwa nakedy obładowane do granic nie miały szans na pokonanie tego, co szumnie nazwane było drogą. Staliśmy na środku dwumetrowej szerokości kawałku asfaltu nie bardzo wiedząc co dalej, w dodatku nadjechał jakiś samochód, któremu musieliśmy ustąpić miejsca. Jak łatwo się domyśleć, łatwe to nie było. Na szczęście z pomocą przyszli nam kierowca i jego kolega. Mieszanym niemiecko-rumuńskim uzyskałam wskazówki jak jechać aby dojechać do „głównej” i dowiedziałam się, że lepiej trzymać się dróg oznaczonych jako „national” (czerwonych), bo z resztą jest tak, że na mapie są, ale w rzeczywistości, to różnie być może. Ruszyliśmy dalej, właściwie spory kawałek wracając. Mijany krajobraz, pomimo tego, że przepiękny i zapadający w serce, był również smutny i niekiedy przytłaczający.

Powiązane materiały

Rumunia 2012
  46 zdjęć
oceń ten materiał:
Zobacz galerię

Rumunia 2012

46
zdjęć
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści