Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe Motocyklem po Wietnamie: Randka z przygodą [dzień 1 i 2] Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

Motocyklem po Wietnamie: Randka z przygodą [dzień 1 i 2]

Adrian to podróżnik motocyklowy z krwi i kości. Od lat przemierza Świat na motocyklu, nawet, jeżeli jest w miejscach tak odległych od naszego kraju, że można dostać się do nich tylko samolotem. Zafascynowany Dalekim Wschodem. Nie unika samotnych wyjazdów, ale równie często jeździ po przygodę, tak jak i teraz, z przyjacielem Jackiem. Przed wami relacja z wyprawy do Wietnamu dzień po dniu, widziana jego oczami. Cel? Przejechać z Hanoi do Sajgonu na kupionych już na miejscu motocyklach małej pojemności. 3500 km w dwa tygodnie. Czas start.

Dzień 1 – Good morning Vietnam!

 

- „Do zobaczenia pojutrze chłopaki!”
Luk, niski Azjata podaje mi rękę w geście potwierdzającym zawarcie umowy. Umowy kupna sprzedaży dwóch motocykli, którą przypieczętowaliśmy studolarowym zadatkiem. Wychodzimy z Jackiem uśmiechnięci z zapyziałego, pokrytego lekkim kurzem garażu i udajemy się do najbliższego baru opić świeżo zawartą transakcje.

 

- "Poprosimy dwa razy podwójną szkocką" – rzuca Jacek do kelnerki
- "Co to jest szkocka?" - Pyta znająca słabo angielski kelnerka? Czy to Jack Daniel's?
- "Nie! Tylko nie Jack Daniel's!” – Oburza się Jacek – „Może chociaż Jameson?”. Gdybym dostawał jednego centa za każdym razem jak jestem świadkiem, gdy Jacek wypowiada to zdanie, to uzbierałbym już chyba ponad półtora dolara. Nawet lecąc tutaj, gdy stewardessa w samolocie podała mu Jacka Daniel'sa, kazał mi wyrzucić go przez okno. Na szczęście inżynierowie projektujący Boeingi zabezpieczyli się przed takimi wybrykami montując nieotwieralne okna w samolocie.

 

- „To chcecie cztery razy Jameson?” - brwi kelnerki uniosły się tak wysoko w geście zdziwienia, że prawie zderzyły się z pierwszą linią pokrywającą jej czoło cebulek włosowych.

 

Widzę, że Jacek zaczyna silić się do jakiegoś zawiłego wyjaśniania.


- „Tak, cztery razy Jameson” - powiedziałem, przerywając Jackowi walkę z jego lekko przegrzanymi po długiej podróży samolotem zwojami mózgowymi.

Po kilku minutach przełykamy pierwsze łyki irlandzkiej whisky i z dumą rozmawiamy o naszym najnowszym zakupie. Kupiliśmy dwie używane Hondy Win. Nie tego wprawdzie szukaliśmy. Chcieliśmy nabyć dwa stare białoruskie Miński i nimi przemierzyć cały Wietnam. Nasz plan byłby pewnie łatwiejszy do zrealizowania może jakieś dziesięć lat temu. Dzisiaj Mińsków w Wietnamie jest jak na lekarstwo i dostępność części jest dużo słabsza niż dekadę temu. Poszliśmy więc na kompromis: zdecydowaliśmy się na czterosuwowe motocykle, które są równie łatwe do naprawienia w warunkach poza serwisowych, a dostęp do części jest dużo łatwiejszy. Po zakupie nasze motocykle wylądowały na cały dzień w serwisie, gdzie zleciliśmy wykonanie gruntownego przeglądu, wymianę olejów, przejrzenie sprzęgieł, układów hamulcowych i zawieszeń. Zleciliśmy też wykonanie stelaży pod bagaż i zaopatrzyliśmy się w podstawowe części zapasowe i narzędzia.

 

Pomysł wyjazdu do Wietnamu zrodził się w naszych głowach kilka miesięcy temu i miał zrekompensować nam niezrealizowany przez przeciwności losu wyjazd do Pakistanu. Siedzieliśmy wówczas w Niemczech przy ognisku i popijając brot wursta niemieckim piwem snuliśmy jesienno-zimowe plany wyjazdowe. Dzisiaj realizując pierwsze kroczki z naszego planu, siedzimy w malutkim barze w centrum Hanoi i podekscytowani nieprzewidywalnością najbliższych dni uśmiechamy się na myśl o zbliżającej się randce - randce z przygodą! W głowie przewala mi się jedynie jedna negatywna myśl: po co spędziłem kilka ostatnich tygodni na studiowaniu książki serwisowej (na dodatek w oryginalnym radzieckim wydaniu) do motocykla Mińsk, skoro na koniec kupiliśmy chińskie Hondy.

 

Dzień 2 Cicho po wodzie czółenko płynie, w czółnie dziewczyna piosenkę zaczyna…

 

W nocy obudziłem się szczękając zębami. Wyciągnąłem z szafy dwa grube koce, opatuliłem się jednym a drugi narzuciłem na śpiącego Jacka. Jacek nawet się nie obudził, lecz wyraził aprobatę głośnym chrapnięciem*. Chwilę później zerwaliśmy się na nogi przez niewyobrażalny hałas dochodzący z zewnątrz. Huk ten momentalnie przytłumił chrapanie Jacka, a moja nierozbudzona jeszcze głowa zarejestrowała go niczym jakąś lawinę. Było to oberwanie chmury, a towarzyszący temu hałas okazał się deszczem uderzającym o blachodachówkę naszego hotelu. Jedno było pewne – nie czeka nas dziś ciepły dzień.

Motocykle są nadal w serwisie, a my siedzimy w autobusie jadącym w stronę Halong Bay. Taki kompleks wysepek wapiennych pokrytych zielenią z licznymi jaskiniami, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, położony ze 4 godziny drogi od Hanoi.

 

Jacek przełamuje pierwsze lody, sztywnych wydawałoby się na pierwszy rzut oka naszych współtowarzyszy podróży i otwiera butelkę whisky. Szybko z grupy drętwych turystów wyłania się rockandrollowy zespół w skład którego wchodzą: emerytowany siwy bankowiec z Włoch, jego małomówny kumpel, trójosobowa rodzina z Korei Południowej (ta znalazła się w naszym zespole trochę chyba przez przypadek, bo do końca nie kumają co się dzieje) i Australijka, którą jak gdybym miał krótko scharakteryzować, to zrobiłbym to dwoma zdaniami. Jedno to niesamowita otwartość i gadatliwość tak wielka, że odnoszę wrażenie, że jakby przestała mówić to chyba by się udusiła. Drugie opisywałoby jej wygląd zewnętrzny i ograniczałoby się do jej gigantycznych sutków, wielkich niczym umieszczone pod bluzką orzechy laskowe. Wyjątkowo chłodny dzień konkretnie uwypukla dzisiaj tę cechę z drugiego zdania. Dobrze, że Jacek oferuje jej swoją przeciwdeszczową kurtkę, bo nareszcie zaczynamy patrzeć jej w oczy podczas rozmowy. Jacek chyba dopiero teraz w ogóle zauważył, że ona ma oczy.

 

Kira (to ta Australijka od oczu i orzechów laskowych) trzy miesiące temu rzuciła swojego chłopaka dla podróży, wytatuowała sobie w jakimś dziwnym azjatyckim języku na przedramieniu zdanie „Musiałam to zrobić” i ruszyła w trzyletnią podróż po świecie.

 

Po dojechaniu na miejsce wsiadamy na mały statek i pływamy pomiędzy urokliwymi zielonymi szczytami wapiennych wysepek.

 

-”Adrian, ten facet z obsługi łodzi jakoś dziwnie się na mnie patrzy. Chyba nie podoba mu się, że pijemy tu własny alkohol.” - mówi Jacek kierując wzrok w róg łodzi.

 

Nie zdążam odpowiedzieć, żebyśmy robili to dyskretniej, kiedy facet z obsługi, który przed sekundą zaniepokoił Jacka pojawia się za moimi plecami, stawia na stole szklankę i grzecznie pyta: „Can I have some too?”

Ze statku przesiadamy się do mniejszych drewnianych kilkuosobowych łódeczek i płyniemy po zatoczce wpływając w mniej dostępne rejony. Jackowi zbiera się na śpiewanie i wydziera się z pełnych płuc, śpiewając coś o jakiejś fali niosącej na brzeg słowa jakiejś dziewczyny w czółnie nucącej jakąś piosnkę.

 

Wydawałoby się, że narobi siary, lecz kiedy kończy z każdej unoszącej się po zatoce łodzi (a było ich kilkadziesiąt) rozbrzmiewają dla niego długie brawa.

 

Wieczorem dostajemy wiadomość od naszego mechanika, że motocykle są już przygotowane i umawiamy się na ich odbiór jutro z samego rana. Przeglądamy mapy i internet aby obrać jakiś kierunek podróży.

 

-”Wpisz w Google miejscowość Sam So'n” - proponuje Jacek

 

Kiedy zaczynam wpisywać pierwsze litery miejscowości „sam so...” Google podsuwa mi trzy propozycje:

 

1. sam sobie gratulujesz
2. sam sobie sterem żeglarzem okrętem
3. sam sobie robię dobrze ustami
- ”Ludzie w internecie są bardziej popieprzeni niż my.” - Komentuje to Jacek „Chodźmy lepiej spać.
_____________________
* to nie było chrapniecie. Było coś znacznie gorszego, ale nie przeszło autoryzacji Jacka :)

Powiązane materiały

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści