Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej
motogen.pl Turystyka Wyprawy motocyklowe Motocyklem po Wietnamie: Apetyt nie rośnie w miarę jedzenia [Dzień 3] Drukuj Poleć znajomemu Poleć znajomemu

Wyprawy

Motocyklem po Wietnamie: Apetyt nie rośnie w miarę jedzenia [Dzień 3]

Plan jest prosty, w dwa tygodnie przejechać cały Wietnam z północy na południe. Wylądowaliśmy w Hanoi, samolot powrotny mamy z Sajgonu, więc wyboru nie ma. Jako środek transportu wybraliśmy Hondy Win, kupione na miejscu motorowerki. Przed wami relacja z naszego trzeciego dnia podróży.

Przeczytaj też relację z poprzednich dni wyprawy

 

- „No jedz, to to jest moje flagowe danie!” - zdają się mówić gesty starszej właścicielki restauracji podnieconej faktem, że jacyś pierwsi zagubieni turyści trafili do jej gospody. Leciwa pani stoi nad nami, patrzy jak wkładamy każdy pojedynczy kęs do swoich ust i instruuje nas jak poprawnie mieszać w nich smaki. Przed nami nie lada wyzwanie. Do skonsumowania mamy wielki półmisek wietnamskich rozmaitości na którym spoczywa coś w rodzaju naszej kaszanki, jakiś lokalny salceson, sajgonki, fragmenty tofu i jakieś zielone szuwary o smaku surowych pieczarek. Najobrzydliwszą rzeczą jest miseczka tłustego płynu waląca mokrym psem, do którego brudną ręką owa pani wycisnęła nam po malutkiej cytrynce, wygrzebując chwilę po tym brudną ręką pestki, które do niej wpadły. Aktorskim gestem udaję, że coś przeżuwam masując się przy tym po brzuchu, wykazując niewyartykułowany znak zadowolenia smakowego, mimo iż czuję się jak w przedszkolu kiedy to na obiad serwowano wątróbkę lub nieprzyprawiony, rozgotowany szpinak.

 

Kilka grubych godzin przed kulinarną mordęgą dwa małe motorowery, punktualnie o dziewiątej, parkują pod naszym hotelem. To Luc i jego pracownik przyjechali po nas zgodnie ze wcześniejszymi ustaleniami, aby zabrać nas do swojego garażu. Szczerze napiszę, że największym rozczarowaniem jest brak rozczarowania w przygotowaniu naszych sprzętów. Chłopaki zrobili to wręcz idealnie. W garażu unosi się jeszcze zapach świeżego lakieru, który został naniesiony na nasze motocykle. Tak! Zażyczyliśmy sobie delikatne podrasowanie naszych motocykli również wizualnie. Poprosiliśmy o pomalowanie ich w czarny mat i o naklejenie na bak dużej, czerwonej, wietnamskiej gwiazdy, aby nasze motocykle wyglądały bardziej buntowniczo. Gwiazda z flagi Wietnamu nie jest wprawdzie synonimem buntu, lecz symbolem partii komunistycznej, ale jest to w końcu nasza podróż przez Socjalistyczną Republikę Wietnamu, więc mały komunistyczny akcent, jako drobny żart, może przecież pojawić się na naszych bakach. Dodatkowo pięć ramion gwiazdy symbolizuje: robotników, chłopów, żołnierzy, inteligencję i młodzież, a przecież do tych dwóch ostatnich grup się zaliczamy!


Wracając do czarnego matowego lakieru... Chłopcy w serwisie wzięli sobie do serca naszą prośbę i polecieli z farbą po każdej chyba możliwej części, oszczędzając jedynie gumowe elementy, rury nośne lag oraz oświetlenie. Wszystko, dosłownie wszystko pokryte zostało czarną farbą! Nawet felgi, silnik i (o zgrozo!) ogniwa łańcucha. Motocykle wyglądają teraz niczym na zdjęciu w internetowym ogłoszeniu radomskiego handlarza.

 

Opuszczamy Hanoi i czynimy zadość swym żądzom pokonując pierwsze kilometry po wietnamskich drogach. Jedzie się przyjemnie, pomimo dużego natężenia ruchu i chłodnego dnia.
Jadąc na Hondzie Win czuję się jakbym znowu miał 16 lat i przechodził przez inicjację mechaniki i motocyklizmu. Przypominam sobie, jak będąc nastolatkami wkręcaliśmy sobie śruby w podeszwy butów i jadąc szuraliśmy nimi o asfalt, wytwarzając przy tym iskrzące, świetlne ostrogi. Muszę to kiedyś powtórzyć.

 

Już na pierwszym postoju okazuje się, że pod wpływem temperatury czarny mat rozpuścił się i spłynął z cylindrów i kolektorów naszych motocykli. Z buntowniczego wizerunku pozostają nam jedynie trzymające się dzielnie czerwone gwiazdy na naszych bakach i anarchistyczne podejście do systemu formalności dokumentowej w tym kraju. A propos: czy wspominałem już, że nasze prawa jazdy nie są tu honorowane i że nie mamy ubezpieczenia OC na nasze motocykle, a kupiliśmy je „jak rowery” bez umowy kupna sprzedaży? Chyba nie... nie będziemy się tym więcej chwalić... Puśćmy więc ten wątek w otchłań niepamięci licząc, że nie przyjdzie nam się z tego tłumaczyć przed organami kontroli... Kierujemy się do opustoszałej o tej porze roku miejscowości Sam So'n zgodnie z wczorajszymi planami.

 

-”Jacek ona wciąż stoi za naszymi plecami i patrzy czy zjemy to do końca”- Sam nie mogę uwierzyć w brak asertywności, którym się teraz wykazujemy. Spoglądam na niemalejący półmisek kulinarnego koszmaru. Chyba zaraz się porzygam. Deska rozmaitości wietnamskich puchnie nam w ustach, a nie potrafimy wyjść z knajpy, tylko modlimy się nad obrzydliwą wieczerzą, żeby właścicielce nie było przykro.


- „Zobacz jak wreszcie świetnie radzę sobie pałeczkami” - Cieszy się z dumy Jacek odwracając na chwilę uwagę od wyzwania, któremu musimy sprostać. „Mi od lat przychodzi to już automatycznie” - wymądrzam się.

Patrzę na swoje dłonie i widzę przyszczypany kawałek lokalnej kaszanki, z którego spływa śmierdzący psem oleisty sos. Patrzę wyżej wzdłuż swej dłoni na pałeczki i zauważam, że szersza krawędź skierowana jest ku dole, a węższa ku górze... Od godziny trzymam je do góry nogami...

zobacz też

Powiązane materiały

oceń ten materiał:
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści