Logowanie/Rejestracja

Zaloguj się

Na swoje konto

Zarejestruj się

Załóż konto
Szukaj
Szukaj

SZUKAJ

w 3 sekundy lub mniej

Laboratorium

6000 km na Suzuki V-Strom 650 test, opinie i oceny

Suzuki DL 650 V-Strom jest dla świata motocyklowego czymś takim jak Peter North dla przemysłu porno. Po prostu był, jest i z pewnością jeszcze długo będzie. Niepozorny na pierwszy rzut oka, średni jeśli chodzi o dane na papierze, a jednak wykorzystywany przez swoich właścicieli do dalekobieżnej turystyki właściwie w każde rejony świata. To skłoniło mnie aby namówić dobrych ludzi z Suzuki do udostępnienia go na test jakiego w Polsce jeszcze nikt nie przeprowadził. Prawie 6000 km - deszcz, śnieg, grad, ulewy, upały, góry, szutry, błoto i piach, a na deser albańska infrastruktura drogowa i „rewelacyjny” grecki asfalt. Jak spisał się w tym naprawdę wymagającym teście?

Słowo od Naczelnego: Nieskromnie stwierdzę, że przyzwyczailiśmy Was, naszych czytelników do obszernych i rzetelnych testów. Nigdy nie sprawdzamy motocykli lub akcesoriów na zasadzie: kilkadzisiąt minut jazdy do zdjęć i po temacie. Efekty tego widać w mailach, które do nas wysyłacie często prosząc o kolejną poradę lub pytając czy będziemy testować daną rzecz, bo czekacie na nasza opinię - to cieszy, dziękujemy!

 

Poniżej oddajemy Wam materiał, co do którego początkowo mieliśmy mieszane uczucia - ponad 6 stron surowego tekstu pisanego 10-tką, kto to przeczyta? Po dyskusji doszliśmy jednak do wniosku, że materiał ten dedykowany będzie dla wąskiego grona czytelników. Rzeczywiście zainteresowani zakupem nowego Suzuki V-Stroma 650 z pewnością będą zadowoleni z tak obszernego materiału na jego temat. Właśnie dla nich Wiewiór pokonał 6000 km na tym motocyklu i podzielił się wszystkimi swoimi spostrzeżeniami. Wszystkich innych odsyłamy do naszego krótszego testu oraz testu porównawczego czterech turystycznych enduro. Życzę miłej lektury.

 

Wszystkie zdjęcia: Bartosz Falkowski

Testowany egzemplarz

Do testu otrzymaliśmy motocykl fabryczny wyposażony w akcesoryjne dodatki Suzuki. Standardowe były zatem opony i inne elementy eksploatacyjne, w tym klocki hamulcowe. Dodatkowo zamontowane zostały gmole, osłona kolektorów (pług), gniazdo 12V oraz deflektor na standardową szybę. Z akcesoriów podróżnych znalazł się komplet aluminiowych kufrów bocznych oraz topcase. Niestety zabrakło handbarów oraz (co doskwierało mi najbardziej) centralnej stopki.

Na pierwszy rzut oka

Ciężko osądzać wygląd V-Stroma. Powiem tylko, że to kolejny znak czasów, więc lekko metroseksualny wygląd jest jakby „oczywistą oczywistością”. Czy się komuś podoba czy nie, to już rzecz gustu, dlatego tak delikatnego tematu poruszać nie będę. Nie ukrywam jednak, że poprzednia generacja, ze swoimi ostrymi liniami i bardziej zadziornym wyglądem jakoś bardziej mi leżała, choć podobno nowe owiewki projektowane z użyciem tunelu aerodynamicznego lepiej obecnie wpływają na aerodynamikę i ochronę kierowcy. A co z jakością wykonania? Śruby mocujące plastiki są na wierzchu, wiązka elektryczna pod czachą również (choć poprowadzone w korytkach i bardzo dobrze izolowane zarówno zewnętrznym pancerzem jak i gumowymi kapturkami), pokrywki żarówek są zupełnie na wierzchu, a po podniesieniu kanapy elementy takie jak bezpieczniki czy akumulator wyglądają jakby w ogóle nie były chronione. Jedyna ekstrawagancja, to zaślepki na śrubach wspornika kierownicy. Patrząc na to można odnieść wrażenie, że wszystko wykonano „po taniości” i szczerze mówiąc, to może razić. Samych plastików jest stosunkowo niewiele: czacha, boczki na baku, ogon i niektóre elementy stanowiące pokrywę silnika. Cieszy to, że są naprawdę dobrej jakości i świetnie spasowane, choć powłoka lakiernicza mogłaby być nieco lepsza. Po teście, kiedy motocykl został już dokładnie umyty, okazało się, że na baku widać ślady otarć (piach dostający się pod kolana, do tego w zetknięciu z wodą, zrobił swoje). Nie są to jednak rysy. Wytarł się również lakier na uchwytach pasażera, który miały ciągły kontakt z rolką bagażową. Po takim przebiegu widać też ślady na elementach mających kontakt z butami.

W drodze

To co początkowo uznać można za przejaw oszczędności okazuje się dość przemyślanym posunięciem. Wyobraźcie sobie wspinaczkę na granicę albańsko-grecką, kiedy zapada zmierzch, pada deszcz, później grad, a na końcu śnieg. Do tego zaczynacie marznąć bo temperatura spada do 5*C, do tego rozpruliście kombinezon przeciwdeszczowy, woda leje się po Was strumieniami i akurat teraz musicie wymienić żarówkę. Możecie mi wierzyć, że w tym momencie całe narzekanie na wykonanie „po taniości” ulatnia się szybciej niż Palikot z Kongresu Miłośników Radia Maryja. Dostęp do każdego elementu jest tak prosty, że aż niemożliwy. Wymiana żarówki przy drodze, bez zdejmowania reflektora czy połowy owiewek? Nie ma problemu! Wymiana żarówki kierunkowskazu? Nie ma problemu. Dolanie płynu do chłodnicy? Również bez problemu. Odkręcenie uszkodzonej owiewki? Jeden klucz imbusowy i po sprawie. Wymiana bezpiecznika? Wystarczy podnieść kanapę i… tak, również nie ma problemu. A to wszystko z zamkniętymi oczami. To rzadkość w dzisiejszych konstrukcjach, które do najbardziej podstawowych czynności wymagają podnośnika, kompletu specjalistycznych narzędzi, połączenia z serwerem i oczywiście fachowej siły roboczej. Zwłaszcza w Albanii, na odludziu, gdzie atakują cię kozy, a ludzie nie wiedzą co to żarówka halogenowa. I na koniec, wszystkie elementy, który sprawiały wrażenie odkrytych i narażonych na działanie czynników zewnętrznych są bardzo dobrze chronione. Błoto, szutry, deszcze, nic się nie dostało ani pod owiewki ani do komory akumulatora i bezpieczników. Ogromne brawa! Widać, że przy projektowaniu najwięcej do powiedzenia mieli ludzie, którzy mają pojęcie o turystyce motocyklowej, a nie wyłącznie o stylistyce.

Więcej o motocyklach Suzuki

Tagi

Oceń ten materiał:
Zobacz galerię

Suzuki V-Strom 650, test na Bałkanach

31
zdjęć
PRAWA AUTORSKIE © 2006-2011: Motogen Logo WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE
Szukaj W Górę Zgłoś nieodpowiednie treści